Julka
poniedziałek, 9 września 2013
Smutna wiadomość... ;(
Hej! Mam dla was niestety smutną wiadomość... Postanowiłam zawiesić bloga na czas nieokreślony ;( Trochę się nad tym zastanawiałam i miałam wątpliwości co do tego, ale stwierdziłam, że to odpowiednia decyzja. A powodem tej decyzji jest nie tylko jak prawie zawsze szkoła, ale i też ja. Pisanie rozdziałów przechodzi mi teraz z wielkim trudem, nie mam żadnych pomysłów i nie umiem połączyć słów w sensowne zdanie. A tak poza tym w szkole mam strasznie dużo zadawane, więc pewnie nie będę miała czasu na pisanie bloga, a także pokłóciłam się z przyjacielem. Na ile opowiadanie będzie zawieszone, nie wiem. Może na tydzień, miesiąc, a może nawet kilka miesięcy... Teraz nie jestem w stanie udzielić wam sensownej odpowiedzi. Zawieszam dwa blogi, więc ta sama notka pojawi się również na drugim. Mam nadzieję, że jakoś przeżyjecie ten czas, a teraz pozdrawiam i do zobaczenia. Cześć! :(
czwartek, 29 sierpnia 2013
Rozdział 9
*Z punktu widzenia Amelii*
Nie wiem kiedy się obudziłam. Przetarłam leniwie oczy, podniosłam się i usiadłam na białym łóżku. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i wybrzuszyłam oczy ze zdziwienia. Byłam się w białym i bardzo jasnym pomieszczeniu. Znajdowało się w nim tylko kilka białych mebli. W końcu zrozumiałam, że znajduję się w sali szpitalnej. Ale jak to? Kto mnie znalazł? Przecież nikt nie wiedział o jeziorku w lesie, nikt oprócz Alexa... Miałam tak bardzo wiele pytań, ale w tej chwili nie mogłam nikomu ich zadać. Sięgnęłam po telefon, który leżał na małym, białym stoliku obok mojego łóżka. Była godzina szósta czterdzieści pięć. Westchnęłam cicho i z powrotem się położyłam na twardym materacu, rozmyślając o tym co się stało. Dlaczego ciocia nie powiedziała mi wcześniej, że mam brata to, może bym się tak nie zdenerwowała. O Boże! Przecież on ma dzisiaj przyjechać! A co jeśli odwiedzi mnie w szpitalu?! Moje rozmyślenia przerwał dźwięk oznaczający, że ktoś wchodzi do sali. Lekko wystraszone spojrzałam w stronę drzwi. Na szczęście do pokoju nie wszedł ktoś z mojej rodziny lecz lekarz.
- O widzę, że już się obudziłaś - uśmiechnął się - I jak się czujesz?
- Już lepiej - odwzajemniłam uśmiech
- To dobrze. Za chwilę zabierzemy cię na badania. Jeśli wszystko będzie w porządku będziesz mogła wyjść już dzisiaj - pokiwałam głową, a doktor wyszedł
Po jakiś dziesięciu minutach przyszły pielęgniarki oznajmiając, że czas na badania. Po zakończeniu badań kazano mi iść do mojej sali i czekać na wyniki. Posłusznie wykonałam rozkaz i ruszyłam w stronę pokoju szpitalnego. Przed moją salą nikogo na szczęście nie było. Ufff... A może nie wpadną do mnie w odwiedziny. Wtedy udałoby mi się uniknąć spotkania z moim bratem, o którym, tak naprawdę, nic nie wiem. Wiem tylko, że ma na imię Dylan i, że jest o rok starszy ode mnie, czyli ma osiemnaście lat. Ale to, że możliwe, że dzisiaj nie przyjdą niczego nie zmieni, bo w końcu będę musiała spotkać się z Dylanem. Z resztą jest jeszcze wczesna godzina, siódma osiemnaście. Mają jeszcze cały dzień na odwiedziny. No kurczę, boję się tych odwiedzin jak cholera, ale z drugiej strony chciałabym się dowiedzieć co się stało kiedy byłam nie przytomna i kto mnie znalazł. Mam podejrzenia, że Alexy zaprowadził moją ciocię na jeziorko i tam mnie znaleźli, albo to sam Alexy mnie znalazł. A może ktoś inny też wiedział o tym jeziorku w środku lasu? W końcu Alexy mógł komuś powiedzieć, chociaż to miejsce to miała być nasza i tylko nasza tajemnica, ale teraz miałam gdzieś to, czy mój przyjaciel powiedział komuś o naszym miejscu, czy też nie. Przypomniało mi się jak znaleźliśmy to magiczne i piękne miejsce w lesie. Były moje siedemnaste urodziny, ale było jeszcze bardzo wcześnie, szósta. Sama dziwiłam się dlaczego tak z samego rana wstałam. Siedziałam na moim łóżku i rozmyślałam o mojej imprezie urodzinowej, która miała odbyć się tamtego dnia. W pewnym momencie zadzwoniła moja komórka. Odebrałam ją i okazało się, że to mój przyjaciel - Alexy. Przywitał się i zapytał czy mnie nie obudził. Wtedy odpowiedziałam, że nie, a on powiedział, że w takim razie wybierzemy się na poranny spacer. Kiedy spotkaliśmy się w parku Alexy podarował mi piękną bransoletkę z moim imieniem jako prezent na urodziny, - spojrzałam na moją rękę, nadal miałam ją na na sobie - a później poszliśmy w stronę małego lasku. Kiedy natknęliśmy na jeziorko postanowiliśmy zjeść tam śniadanie, które Alexy przyniósł ze sobą. Spędziliśmy tam cały ranek. Było naprawdę wspaniale...
Leżałam na łóżku już jakieś piętnaście minut, nic nie robiąc. Strasznie mi się nudziło, ale pewnie o tak wczesnej porze nikt mnie na razie nie nie odwiedzi. Nagle do sali wszedł mężczyzna w białym kitlu. Był lekarzem, który się mną opiekował.
- Panno Thomas, wyniki wskazują na to, że może pani wyjść już dzisiaj, lecz powinna pani zostać jeszcze kilka godzin gdyby jednak pani zdrowie się pogorszyło - oznajmił mężczyzna
- Dobrze, rozumiem - odpowiedziałam, a lekarz pokiwał z uśmiechem głową i wyszedł.
A teraz kolejne leżenie na łóżku i przebywanie całkiem sama. W szpitalu nie jestem (jak dowiedziałam się od lekarza) nawet dzień, a całą dzisiejszą noc byłam w śpiączce, a już mi się strasznie nudzi. Ja chcę już stąd wyjść! W pewnym momencie ktoś wszedł do sali. Modliłam się by to nie był żaden z moich przyjaciół ani nikt z rodziny, bo nie miałam ochoty ich oglądać. Niestety do mojej sali weszła moja ciocia Aghata, a za nią jakiś chłopak o brązowych włosach i czarnych oczach zupełnie tak jak ja, był dość wysoki, a pod okiem miał fioletową śliwę. O nie, to pewnie mój brat. Kompletnie nie wiem co mówić i jak się zachowywać. Byłam cała zestresowana i dopiero po jakimś czasie zauważyłam, że moje siostry przyszły z ciocią i z jak mniemam z Dylanem. Laura podbiegła do mojego łóżka szpitalnego, a potem na nie wskoczyła i przytuliła mnie mocno. Uśmiechnęłam się do siebie. Connie stała z założonymi rękoma i niezbyt zadowoloną miną. Pewnie wcale nie chciała przychodzić do mnie w odwiedziny... Przecież co z tego, że prawie zamarzłam. Jedna siostra w tę czy we wte, co za różnica, prawda? Mała zołza, pomyślałam i ''ściągnęłam'' Laurę z siebie.
- Cześć Amelia. Jak się czujesz? - zapytała z troską ciocia siadając na moim tymczasowym łóżku
- Już lepiej. Lekarz powiedział, że jeszcze dzisiaj będę mogła się stąd wydostać - powiedziałam
- To dobrze. Tak jak mówiłam dzisiaj bardzo wcześnie rano przyjechał twój brat - oznajmiła ciocia Aghata - Amelia to Dylan, Dylan to Amelia - przedstawiła nas
- Miło mi cię poznać - powiedział, jak na moje oko, ze sztucznym uśmiechem
- Tak, mi ciebie też - odwzajemniłam sztuczny uśmiech. Zapanowała niezręczna cisza.
Ciocia i moje rodzeństwo siedzieli u mnie jakieś dwie godziny, a później ciocia zapytała się lekarza czy mogą mnie już zabrać do domu, zgodził się. Zabrałam wszystkie swoje rzeczy i razem z moją rodziną udałam się do samochodu. Ciocia usiadła za kierownicą, a pojazd ruszył w stronę domu.
__________________________________________________________________________________
Hejka! Rozdział jakiś taki krótki, ale nie miałam weny i bardzo żałuję, że nie udało mi się więcej napisać. Jak już wspominałam w poprzednim poście moi rodzice wrócili 26, ale musieliśmy jeszcze na jeden dzień zostać u babci, a 28 pojechaliśmy całą rodziną na zakupy, a po nich miałam strasznego lenia, dlatego rozdział dopiero dzisiaj. Oj, nie chcę mi się iść do szkoły...! Chociaż chyba jak wszystkim. Pozdrawiam!
Julka
Nie wiem kiedy się obudziłam. Przetarłam leniwie oczy, podniosłam się i usiadłam na białym łóżku. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i wybrzuszyłam oczy ze zdziwienia. Byłam się w białym i bardzo jasnym pomieszczeniu. Znajdowało się w nim tylko kilka białych mebli. W końcu zrozumiałam, że znajduję się w sali szpitalnej. Ale jak to? Kto mnie znalazł? Przecież nikt nie wiedział o jeziorku w lesie, nikt oprócz Alexa... Miałam tak bardzo wiele pytań, ale w tej chwili nie mogłam nikomu ich zadać. Sięgnęłam po telefon, który leżał na małym, białym stoliku obok mojego łóżka. Była godzina szósta czterdzieści pięć. Westchnęłam cicho i z powrotem się położyłam na twardym materacu, rozmyślając o tym co się stało. Dlaczego ciocia nie powiedziała mi wcześniej, że mam brata to, może bym się tak nie zdenerwowała. O Boże! Przecież on ma dzisiaj przyjechać! A co jeśli odwiedzi mnie w szpitalu?! Moje rozmyślenia przerwał dźwięk oznaczający, że ktoś wchodzi do sali. Lekko wystraszone spojrzałam w stronę drzwi. Na szczęście do pokoju nie wszedł ktoś z mojej rodziny lecz lekarz.
- O widzę, że już się obudziłaś - uśmiechnął się - I jak się czujesz?
- Już lepiej - odwzajemniłam uśmiech
- To dobrze. Za chwilę zabierzemy cię na badania. Jeśli wszystko będzie w porządku będziesz mogła wyjść już dzisiaj - pokiwałam głową, a doktor wyszedł
Po jakiś dziesięciu minutach przyszły pielęgniarki oznajmiając, że czas na badania. Po zakończeniu badań kazano mi iść do mojej sali i czekać na wyniki. Posłusznie wykonałam rozkaz i ruszyłam w stronę pokoju szpitalnego. Przed moją salą nikogo na szczęście nie było. Ufff... A może nie wpadną do mnie w odwiedziny. Wtedy udałoby mi się uniknąć spotkania z moim bratem, o którym, tak naprawdę, nic nie wiem. Wiem tylko, że ma na imię Dylan i, że jest o rok starszy ode mnie, czyli ma osiemnaście lat. Ale to, że możliwe, że dzisiaj nie przyjdą niczego nie zmieni, bo w końcu będę musiała spotkać się z Dylanem. Z resztą jest jeszcze wczesna godzina, siódma osiemnaście. Mają jeszcze cały dzień na odwiedziny. No kurczę, boję się tych odwiedzin jak cholera, ale z drugiej strony chciałabym się dowiedzieć co się stało kiedy byłam nie przytomna i kto mnie znalazł. Mam podejrzenia, że Alexy zaprowadził moją ciocię na jeziorko i tam mnie znaleźli, albo to sam Alexy mnie znalazł. A może ktoś inny też wiedział o tym jeziorku w środku lasu? W końcu Alexy mógł komuś powiedzieć, chociaż to miejsce to miała być nasza i tylko nasza tajemnica, ale teraz miałam gdzieś to, czy mój przyjaciel powiedział komuś o naszym miejscu, czy też nie. Przypomniało mi się jak znaleźliśmy to magiczne i piękne miejsce w lesie. Były moje siedemnaste urodziny, ale było jeszcze bardzo wcześnie, szósta. Sama dziwiłam się dlaczego tak z samego rana wstałam. Siedziałam na moim łóżku i rozmyślałam o mojej imprezie urodzinowej, która miała odbyć się tamtego dnia. W pewnym momencie zadzwoniła moja komórka. Odebrałam ją i okazało się, że to mój przyjaciel - Alexy. Przywitał się i zapytał czy mnie nie obudził. Wtedy odpowiedziałam, że nie, a on powiedział, że w takim razie wybierzemy się na poranny spacer. Kiedy spotkaliśmy się w parku Alexy podarował mi piękną bransoletkę z moim imieniem jako prezent na urodziny, - spojrzałam na moją rękę, nadal miałam ją na na sobie - a później poszliśmy w stronę małego lasku. Kiedy natknęliśmy na jeziorko postanowiliśmy zjeść tam śniadanie, które Alexy przyniósł ze sobą. Spędziliśmy tam cały ranek. Było naprawdę wspaniale...
Leżałam na łóżku już jakieś piętnaście minut, nic nie robiąc. Strasznie mi się nudziło, ale pewnie o tak wczesnej porze nikt mnie na razie nie nie odwiedzi. Nagle do sali wszedł mężczyzna w białym kitlu. Był lekarzem, który się mną opiekował.
- Panno Thomas, wyniki wskazują na to, że może pani wyjść już dzisiaj, lecz powinna pani zostać jeszcze kilka godzin gdyby jednak pani zdrowie się pogorszyło - oznajmił mężczyzna
- Dobrze, rozumiem - odpowiedziałam, a lekarz pokiwał z uśmiechem głową i wyszedł.
A teraz kolejne leżenie na łóżku i przebywanie całkiem sama. W szpitalu nie jestem (jak dowiedziałam się od lekarza) nawet dzień, a całą dzisiejszą noc byłam w śpiączce, a już mi się strasznie nudzi. Ja chcę już stąd wyjść! W pewnym momencie ktoś wszedł do sali. Modliłam się by to nie był żaden z moich przyjaciół ani nikt z rodziny, bo nie miałam ochoty ich oglądać. Niestety do mojej sali weszła moja ciocia Aghata, a za nią jakiś chłopak o brązowych włosach i czarnych oczach zupełnie tak jak ja, był dość wysoki, a pod okiem miał fioletową śliwę. O nie, to pewnie mój brat. Kompletnie nie wiem co mówić i jak się zachowywać. Byłam cała zestresowana i dopiero po jakimś czasie zauważyłam, że moje siostry przyszły z ciocią i z jak mniemam z Dylanem. Laura podbiegła do mojego łóżka szpitalnego, a potem na nie wskoczyła i przytuliła mnie mocno. Uśmiechnęłam się do siebie. Connie stała z założonymi rękoma i niezbyt zadowoloną miną. Pewnie wcale nie chciała przychodzić do mnie w odwiedziny... Przecież co z tego, że prawie zamarzłam. Jedna siostra w tę czy we wte, co za różnica, prawda? Mała zołza, pomyślałam i ''ściągnęłam'' Laurę z siebie.
- Cześć Amelia. Jak się czujesz? - zapytała z troską ciocia siadając na moim tymczasowym łóżku
- Już lepiej. Lekarz powiedział, że jeszcze dzisiaj będę mogła się stąd wydostać - powiedziałam
- To dobrze. Tak jak mówiłam dzisiaj bardzo wcześnie rano przyjechał twój brat - oznajmiła ciocia Aghata - Amelia to Dylan, Dylan to Amelia - przedstawiła nas
- Miło mi cię poznać - powiedział, jak na moje oko, ze sztucznym uśmiechem
- Tak, mi ciebie też - odwzajemniłam sztuczny uśmiech. Zapanowała niezręczna cisza.
Ciocia i moje rodzeństwo siedzieli u mnie jakieś dwie godziny, a później ciocia zapytała się lekarza czy mogą mnie już zabrać do domu, zgodził się. Zabrałam wszystkie swoje rzeczy i razem z moją rodziną udałam się do samochodu. Ciocia usiadła za kierownicą, a pojazd ruszył w stronę domu.
__________________________________________________________________________________
Hejka! Rozdział jakiś taki krótki, ale nie miałam weny i bardzo żałuję, że nie udało mi się więcej napisać. Jak już wspominałam w poprzednim poście moi rodzice wrócili 26, ale musieliśmy jeszcze na jeden dzień zostać u babci, a 28 pojechaliśmy całą rodziną na zakupy, a po nich miałam strasznego lenia, dlatego rozdział dopiero dzisiaj. Oj, nie chcę mi się iść do szkoły...! Chociaż chyba jak wszystkim. Pozdrawiam!
Julka
niedziela, 11 sierpnia 2013
Wyjazd...
Hej! Chciałam was poinformować, że do 26.08 nie będę dodawało rozdziałów. Dlaczego? Cóż... Odpowiedź jest łatwa. Jutro, a mianowicie 12.08 moi rodzice lecą na wyspy Hiszpańskie, a ja muszę na czas ich wakacji wyjechać do babci i nie mogę zabrać laptopa więc... Widzimy się za dwa tygodnie! Pa
Julka
PS. Możliwe, że dzisiaj uda mi się coś napisać, ale wątpię.
Julka
PS. Możliwe, że dzisiaj uda mi się coś napisać, ale wątpię.
niedziela, 4 sierpnia 2013
Rozdział 8
*Lysander*
Czekaliśmy wszyscy pod salą, w której aktualnie była badana Amelia. Wszyscy byliśmy bardzo zmartwieni i zdenerwowani całą tą sytuacją, nawet Kastiel, ale najbardziej zdenerwowana była pani Nixon. Chodziła w tą i z powrotem, od jednej ściany do drugiej, obgryzając paznokcie. Ja też byłem bardzo zatroskany. Starałem się jednak to ukryć, bo przecież siedzenie i chociażby udawanie, że jest się spokojnym jest lepsze niż chodzenie w tą i z powrotem po korytarzu, prawda? Już sam nie wiem, ale w każdym razie siedzieliśmy przed salą i siedzielibyśmy tak dalej, gdyby z pomieszczenia, w którym przebywała nasza przyjaciółka nie wyszedł lekarz. Pani Aghata natychmiastowo podbiegła do niego i zalała tysiącami pytań.
- Panie doktorze i co z nią? Wybudziła się? Ona żyje, prawda? - pytała z niepokojem w głosie
- Na początku proszę się uspokoić. Badania wykazały, że z pacjentką jest wszystko w porządku. Jednak nie wybudziła się jeszcze - poinformował nas lekarz
- A czy możemy ją zobaczyć? - zapytałem, podchodząc do pani Nixon.
- Pacjentka się jeszcze nie wybudziła, więc... Jednakże mogą państwo wejść, ale nie wszyscy na raz - uśmiechnął się lekarz i odszedł
Postanowiliśmy wchodzić do sali po trzy osoby, a więc najpierw wszedłem ja, Kastiel i pani Aghata. W pomieszczeniu było jasno, ponieważ wszystkie ściany pomalowane były na śnieżno biały kolor, a drewniane podłogi skrzypiały gdy chodziliśmy po nich. Pokój był prawie pusty. Stało w nim tylko kilka mebli, a mianowicie wielkie łóżko szpitalne dwa białe krzesełka, duża, drewniana szafa, która stała w rogu na końcu pokoju i mała, również biała szafka, stojąca obok łóżka, na którym leżała Amelia. Była blada jak jakiś trup, a oczy miała zamknięte. W koło łóżka stały różne maszyny, o których istnieniu nie wiedziałem. Były poprzypinane o ciała Amelii w różnych miejscach. Nie wyglądało to najlepiej i chyba nie tylko ja tak sądziłem, bo mój przyjaciel i ciocia Amelii mieli dziwne miny. Pani Aghata podeszła do swojej siostrzenicy, popatrzyła na nią i usiadła na skraju łóżka szpitalnego, a po jej policzku spłynęła łza. Ja i Kastiel usiedliśmy na krzesełkach i w ciszy patrzyliśmy na Amelię. Siedzieliśmy tak w sali jakieś trzydzieści minut i pewnie siedzielibyśmy tam dłużej, ale inni się niecierpliwili. Wyszliśmy więc, a po nas wszedł Armin, Alexy, Leo. Siedzieli tam również pół godziny. Kiedy wyszli było już bardzo późno, ale lekarz, który zajmował się Amelią pozwolił nam u niej siedzieć. Po ich wyjściu z sali postanowiliśmy jechać do domu. Ja pojechałem samochodem z Leo, a Aghata, Alexy, Armin z Kastielem.
*Z punktu widzenia Kastiela*
Jechaliśmy w ciszy. Nikt się nie odezwał. Pojechałem najpierw odwieźć panią Aghatę, następnie chłopaków, a następnie pojechałem do domu. Wszedłem do niego z hukiem zamykając drzwi. Cały dzień byłem miły, ale teraz to prysło i wrócił dawny Kastiel. Zadowolony, ale jednocześnie i smutny tym, co wydarzyło się Amelii, powędrowałem do salonu, gdzie siedziała Hilary i oglądała jakiś filmy. Gdy mnie zobaczyła podbiegła do mnie i zaczęła zadawać najróżniejsze pytania.
- Stało się coś? Dlaczego nie było cię tak długo w domu i czemu po tym telefonie wyszedłeś taki zdenerwowany? - kocham moją siostrę, ale czasami jest naprawdę wkurzająca
- To teraz ja ci zadam pytanie. Dlaczego ty jeszcze nie śpisz?! Jest prawie pierwsza w nocy! - powiedziałem
- Czekałam na ciebie - uśmiechnęła się
- A co z opiekunką? - zapytałem
- Wyszła, bo myślała, że śpię, a ty zapłaciłeś jej z góry, więc nie miała na co czekać. A teraz co się stało? - zapytała i podniosła jedną brew
Usiedliśmy na kanapie i opowiedziałem jej wszystko co zdarzyło się do tej pory. O tym, że Amelia uciekła z domu i musieliśmy jej szukać, o tym jak Alexy ją znalazł nieprzytomną i o wizycie w szpitalu. Hilary była bardzo zmartwiona.
- Ale nic jej się nie stało, prawda? -spytała ze smutną miną
- Miejmy nadzieję. Lekarze mówią, że wszystko w porządku. A teraz idź już spać - zarządziłem
- Dobrze, dobranoc - pocałowała mnie w policzek i skierowała się na górę
- Dobranoc - uśmiechnąłem się
Ja sam też postanowiłem się już położyć. Po wykonaniu wszystkich podstawowych czynności, kiedy leżałem już w łóżku rozmyślałem czy Amelia z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że już wkrótce się wybudzi. Z takimi przemyśleniami zasnąłem...
__________________________________________________________________________________
Cześć! Wiem, że rozdział krótki, ale bardzo mi zależało, żeby go dzisiaj dodać. Przy poprzednim nie ma żadnych komentarzy, co mnie bardzo martwi, a no trudno. Wiem, że ten rozdział mi nie wyszedł, ale jak już mówiłam chciałam go dodać dzisiaj, a jakoś nie miałam weny. W każdym razie razie, miłego czytania!
Julka
Czekaliśmy wszyscy pod salą, w której aktualnie była badana Amelia. Wszyscy byliśmy bardzo zmartwieni i zdenerwowani całą tą sytuacją, nawet Kastiel, ale najbardziej zdenerwowana była pani Nixon. Chodziła w tą i z powrotem, od jednej ściany do drugiej, obgryzając paznokcie. Ja też byłem bardzo zatroskany. Starałem się jednak to ukryć, bo przecież siedzenie i chociażby udawanie, że jest się spokojnym jest lepsze niż chodzenie w tą i z powrotem po korytarzu, prawda? Już sam nie wiem, ale w każdym razie siedzieliśmy przed salą i siedzielibyśmy tak dalej, gdyby z pomieszczenia, w którym przebywała nasza przyjaciółka nie wyszedł lekarz. Pani Aghata natychmiastowo podbiegła do niego i zalała tysiącami pytań.
- Panie doktorze i co z nią? Wybudziła się? Ona żyje, prawda? - pytała z niepokojem w głosie
- Na początku proszę się uspokoić. Badania wykazały, że z pacjentką jest wszystko w porządku. Jednak nie wybudziła się jeszcze - poinformował nas lekarz
- A czy możemy ją zobaczyć? - zapytałem, podchodząc do pani Nixon.
- Pacjentka się jeszcze nie wybudziła, więc... Jednakże mogą państwo wejść, ale nie wszyscy na raz - uśmiechnął się lekarz i odszedł
Postanowiliśmy wchodzić do sali po trzy osoby, a więc najpierw wszedłem ja, Kastiel i pani Aghata. W pomieszczeniu było jasno, ponieważ wszystkie ściany pomalowane były na śnieżno biały kolor, a drewniane podłogi skrzypiały gdy chodziliśmy po nich. Pokój był prawie pusty. Stało w nim tylko kilka mebli, a mianowicie wielkie łóżko szpitalne dwa białe krzesełka, duża, drewniana szafa, która stała w rogu na końcu pokoju i mała, również biała szafka, stojąca obok łóżka, na którym leżała Amelia. Była blada jak jakiś trup, a oczy miała zamknięte. W koło łóżka stały różne maszyny, o których istnieniu nie wiedziałem. Były poprzypinane o ciała Amelii w różnych miejscach. Nie wyglądało to najlepiej i chyba nie tylko ja tak sądziłem, bo mój przyjaciel i ciocia Amelii mieli dziwne miny. Pani Aghata podeszła do swojej siostrzenicy, popatrzyła na nią i usiadła na skraju łóżka szpitalnego, a po jej policzku spłynęła łza. Ja i Kastiel usiedliśmy na krzesełkach i w ciszy patrzyliśmy na Amelię. Siedzieliśmy tak w sali jakieś trzydzieści minut i pewnie siedzielibyśmy tam dłużej, ale inni się niecierpliwili. Wyszliśmy więc, a po nas wszedł Armin, Alexy, Leo. Siedzieli tam również pół godziny. Kiedy wyszli było już bardzo późno, ale lekarz, który zajmował się Amelią pozwolił nam u niej siedzieć. Po ich wyjściu z sali postanowiliśmy jechać do domu. Ja pojechałem samochodem z Leo, a Aghata, Alexy, Armin z Kastielem.
*Z punktu widzenia Kastiela*
Jechaliśmy w ciszy. Nikt się nie odezwał. Pojechałem najpierw odwieźć panią Aghatę, następnie chłopaków, a następnie pojechałem do domu. Wszedłem do niego z hukiem zamykając drzwi. Cały dzień byłem miły, ale teraz to prysło i wrócił dawny Kastiel. Zadowolony, ale jednocześnie i smutny tym, co wydarzyło się Amelii, powędrowałem do salonu, gdzie siedziała Hilary i oglądała jakiś filmy. Gdy mnie zobaczyła podbiegła do mnie i zaczęła zadawać najróżniejsze pytania.
- Stało się coś? Dlaczego nie było cię tak długo w domu i czemu po tym telefonie wyszedłeś taki zdenerwowany? - kocham moją siostrę, ale czasami jest naprawdę wkurzająca
- To teraz ja ci zadam pytanie. Dlaczego ty jeszcze nie śpisz?! Jest prawie pierwsza w nocy! - powiedziałem
- Czekałam na ciebie - uśmiechnęła się
- A co z opiekunką? - zapytałem
- Wyszła, bo myślała, że śpię, a ty zapłaciłeś jej z góry, więc nie miała na co czekać. A teraz co się stało? - zapytała i podniosła jedną brew
Usiedliśmy na kanapie i opowiedziałem jej wszystko co zdarzyło się do tej pory. O tym, że Amelia uciekła z domu i musieliśmy jej szukać, o tym jak Alexy ją znalazł nieprzytomną i o wizycie w szpitalu. Hilary była bardzo zmartwiona.
- Ale nic jej się nie stało, prawda? -spytała ze smutną miną
- Miejmy nadzieję. Lekarze mówią, że wszystko w porządku. A teraz idź już spać - zarządziłem
- Dobrze, dobranoc - pocałowała mnie w policzek i skierowała się na górę
- Dobranoc - uśmiechnąłem się
Ja sam też postanowiłem się już położyć. Po wykonaniu wszystkich podstawowych czynności, kiedy leżałem już w łóżku rozmyślałem czy Amelia z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że już wkrótce się wybudzi. Z takimi przemyśleniami zasnąłem...
__________________________________________________________________________________
Cześć! Wiem, że rozdział krótki, ale bardzo mi zależało, żeby go dzisiaj dodać. Przy poprzednim nie ma żadnych komentarzy, co mnie bardzo martwi, a no trudno. Wiem, że ten rozdział mi nie wyszedł, ale jak już mówiłam chciałam go dodać dzisiaj, a jakoś nie miałam weny. W każdym razie razie, miłego czytania!
Julka
piątek, 26 lipca 2013
Rozdział 7
*W tym samym czasie. Z punktu widzenia Armina*
Siedzieliśmy w samochodzie i jechaliśmy w stronę parku, by zobaczyć czy tam nie ma Amelii. Kastiel zadzwonił jeszcze do Lysandra, a ten razem z Leo też jej szukają. Bardzo się o nią martwię. W końcu jest moją najlepszą przyjaciółką. A co jeśli się już nie odnajdzie, a policja nic nie zdziała? On nie, Armin nie wolno ci dopuszczać do siebie tych myśli!
Gdy dojechaliśmy szybko wysiedliśmy z auta i popędziliśmy w stronę parku. Od razu rozdzieliliśmy się i pobiegliśmy, każdy w inną stronę. Ja postanowiłem poszukać w pobliżu wielkiej fontanny, która była jak na razie wyłączona. Przeszukałem chyba każde miejsce, gdzie mogłaby być Amelia, ale w żadnym jej nie znalazłem. Zrezygnowany ruszyłem w kierunku samochodu, gdzie czekali na mnie moi znajomi i pani Nixon. Wzruszyłem ramionami na znak, że nie wiem gdzie jest Amelia. Teraz już wiedziałem, że naszym ostatnim ratunkiem jest policja i postanowiłem im o tym powiedzieć.
- Teraz już nie mamy wyboru, musimy jechać na policje - oznajmiłem
- Muszę się z tobą zgodzić. Kastiel zawieziesz nas na komisariat? - zapytała pani Nixon. Nie byłem pewien tego co odpowie... W końcu to Kastiel...
- W sumie to trochę daleko, ale dobrze - na szczęście zgodził się. Wszyscy weszliśmy do samochodu i usiedliśmy na swoje miejsca. Po chwili pojazd ruszył w stronę komisariatu policji.
*Oczami Alexa*
Szedłem w szybkim tempie po chodniku kierując się w stronę parku. Przyznaję się, że podsłuchiwałem kiedy Armin rozmawiał przez telefon z panią Nixon. Jak on mógł mi nie powiedzieć o tym co się stało z Amelią? Przecież mogłem się przydać! Gdy już wrócimy do domu zrobię mu porządną lekcję pt. ,,Dlaczego należy mówić bratu o wszystkich poważnych sprawach związanych z jego przyjaciółmi". W każdym razie ja też postanowiłem pomóc w poszukiwaniach tylko, że nie wiedziałem gdzie jest Armin i reszta... Ale postanowiłem też, że sam zacznę szukać Amelii. Moim pierwszym miejscem poszukiwań był park.
Po krótkim ,,spacerku" dotarłem do parku. Zacząłem się rozglądać lecz to nie pomogło więc przeszedłem po poważniejszych spraw. Zajrzałem chyba pod każdy kamień i w każdy krzak, ale nigdzie nie mogłem znaleźć mojej przyjaciółki. Nagle zauważyłem las, który był położony bardzo blisko parku. Przypomniałem sobie kiedy rok temu razem z Amelią chodziliśmy nad małe jeziorko z wodospadem. Po krótkim zastanowieniu pobiegłem tam ile sił w nogach. Mój bieg trwał naprawdę długo, bo żeby dotrzeć do miejsca gdzie prawdopodobnie jest Amelia, trzeba było przejść przez prawie cały las. Zdążyłem się już kilka razy wyjebać, za przeproszeniem. Co za głupie korzenie! Pewnie komicznie to wyglądało. Teraz jak o tym myślę to chciałbym to zobaczyć. No i znowu! Jakiego ja mam pecha, no naprawdę! Kiedy tak sobie leżałem, wyciągnąłem mój telefon, odblokowałem go i spojrzałem na godzinę którą wyświetlał. Aktualnie była już dwudziesta trzecia piętnaście. Cholera, ale już późno. Skoro ciocia Amelii zadzwoniła około dwudziestej drugiej to Amelii musi być już strasznie zimno. Chyba, że... Chyba, że jej tam nie ma i już zdążyła albo wrócić do domu, albo znalazła jakieś schronienie, a ja biegam, cały poobijany po lesie na darmo. Dobra, koniec tych rozmyśleń, nareszcie dotarłem. A jednak jest tutaj! Tak, Alexy jest wszechmocny, bo Alexy wie wszystko! Już zaczynam świrować, a oni pewnie się jeszcze męczą i jej szukaj. Podbiegłem do niej z ręką wyciągniętą na znak, że jestem Supermenem. Przykucnąłem przy niej, a moja radość naglę zniknęła . Miała sine usta i była cała blada,a jej oczy były zamknięte. Wziąłem jej rękę, ale nie reagowała. Próbowałem też ją ocucić, ale to nic nie dało. Szybko wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Armina. Odebrał po czterech sygnałach.
- Czego chcesz Alexy? Jestem zajęty - powiedział zirytowany
- To bardzo, ale to bardzo ważne, bo znalazłem Amelię. Jesteśmy w parku. A skąd wiem, że zginęła? Później wyjaśnię. Przyjeżdżaj - rozłączyłem się
Dlaczego powiedziałem, że jesteśmy w parku? To proste, postanowiłem wynieść Amelię z tego miejsca. Szybko wziąłem ją na ręce i wybiegłem z lasu. Droga była długa, ale jakiś cudem udało mi się ją przebyć bez żadnego przykrego wypadku. Po wyjściu z tego okropnego lasu położyłem Amelię na trawie koło pięknej, wielkiej fontanny, ale nie pora teraz na zachwycanie się nią. Już po raz kolejny próbowałem ocucić dziewczynę, ale niestety nie wyszło mi to. Postanowiłem jednak zadzwonić na pogotowie, ale przed tym sprawdziłem jej puls. Na szczęście jeszcze żyje! Wybrałem odpowiedni numer i czekałem, aż ktoś odbierze. Doczekałem się, przedstawiłem, wyjaśniłem całą sytuację oraz podałem miejsce gdzie się aktualnie znajdujemy się. Podziękowałem i rozłączyłem się. Czekałem i czekałem, aż wreszcie usłyszałem głos silnika samochodowego. Od razu domyśliłem się, że to Kastiel, Armin i pani Nixon. Po wyjściu z auta podbiegli do mnie i do Amelii. Nie musieliśmy długo czekać na pogotowie, bo przyjechali dość szybko. Kastiel jeszcze przed ich przyjazdem zadzwonił do Lysandra, a ci jakieś pięć minut temu się pojawili. Lekarz pytał się nas, a głównie mnie o to czy próbowałem ją ocucić. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że tak. Zabrali ją do karetki, ale niestety tylko jedna osoba mogła jechać z Amelią. Oczywiście była to pani Aghata. My wsiedliśmy do auta Kastiela i pojechaliśmy za nimi.
Droga do szpitala nie była długa. Teraz akurat czekaliśmy przed salą, w której lekarze wykonywali różne badania. Miałem nadzieję, że to nic poważnego...
__________________________________________________________________________________
Cześć! Tak, wróciłam z koloni 14, a rozdział dopiero 26 wieczorem. Przepraszam was za to, ale ostatnio jakoś nie miałam czasu. Rozdział jak zawsze nijaki i średniej długości, ale cóż. Jaki wyszedł, taki wyszedł -.- Chciałam jeszcze podziękować za odwiedziny na blogu, ponieważ jest już ich ponad 1000. Jeszcze raz dziękuję i życzę miłych wakacji!
Julka
Siedzieliśmy w samochodzie i jechaliśmy w stronę parku, by zobaczyć czy tam nie ma Amelii. Kastiel zadzwonił jeszcze do Lysandra, a ten razem z Leo też jej szukają. Bardzo się o nią martwię. W końcu jest moją najlepszą przyjaciółką. A co jeśli się już nie odnajdzie, a policja nic nie zdziała? On nie, Armin nie wolno ci dopuszczać do siebie tych myśli!
Gdy dojechaliśmy szybko wysiedliśmy z auta i popędziliśmy w stronę parku. Od razu rozdzieliliśmy się i pobiegliśmy, każdy w inną stronę. Ja postanowiłem poszukać w pobliżu wielkiej fontanny, która była jak na razie wyłączona. Przeszukałem chyba każde miejsce, gdzie mogłaby być Amelia, ale w żadnym jej nie znalazłem. Zrezygnowany ruszyłem w kierunku samochodu, gdzie czekali na mnie moi znajomi i pani Nixon. Wzruszyłem ramionami na znak, że nie wiem gdzie jest Amelia. Teraz już wiedziałem, że naszym ostatnim ratunkiem jest policja i postanowiłem im o tym powiedzieć.
- Teraz już nie mamy wyboru, musimy jechać na policje - oznajmiłem
- Muszę się z tobą zgodzić. Kastiel zawieziesz nas na komisariat? - zapytała pani Nixon. Nie byłem pewien tego co odpowie... W końcu to Kastiel...
- W sumie to trochę daleko, ale dobrze - na szczęście zgodził się. Wszyscy weszliśmy do samochodu i usiedliśmy na swoje miejsca. Po chwili pojazd ruszył w stronę komisariatu policji.
*Oczami Alexa*
Szedłem w szybkim tempie po chodniku kierując się w stronę parku. Przyznaję się, że podsłuchiwałem kiedy Armin rozmawiał przez telefon z panią Nixon. Jak on mógł mi nie powiedzieć o tym co się stało z Amelią? Przecież mogłem się przydać! Gdy już wrócimy do domu zrobię mu porządną lekcję pt. ,,Dlaczego należy mówić bratu o wszystkich poważnych sprawach związanych z jego przyjaciółmi". W każdym razie ja też postanowiłem pomóc w poszukiwaniach tylko, że nie wiedziałem gdzie jest Armin i reszta... Ale postanowiłem też, że sam zacznę szukać Amelii. Moim pierwszym miejscem poszukiwań był park.
Po krótkim ,,spacerku" dotarłem do parku. Zacząłem się rozglądać lecz to nie pomogło więc przeszedłem po poważniejszych spraw. Zajrzałem chyba pod każdy kamień i w każdy krzak, ale nigdzie nie mogłem znaleźć mojej przyjaciółki. Nagle zauważyłem las, który był położony bardzo blisko parku. Przypomniałem sobie kiedy rok temu razem z Amelią chodziliśmy nad małe jeziorko z wodospadem. Po krótkim zastanowieniu pobiegłem tam ile sił w nogach. Mój bieg trwał naprawdę długo, bo żeby dotrzeć do miejsca gdzie prawdopodobnie jest Amelia, trzeba było przejść przez prawie cały las. Zdążyłem się już kilka razy wyjebać, za przeproszeniem. Co za głupie korzenie! Pewnie komicznie to wyglądało. Teraz jak o tym myślę to chciałbym to zobaczyć. No i znowu! Jakiego ja mam pecha, no naprawdę! Kiedy tak sobie leżałem, wyciągnąłem mój telefon, odblokowałem go i spojrzałem na godzinę którą wyświetlał. Aktualnie była już dwudziesta trzecia piętnaście. Cholera, ale już późno. Skoro ciocia Amelii zadzwoniła około dwudziestej drugiej to Amelii musi być już strasznie zimno. Chyba, że... Chyba, że jej tam nie ma i już zdążyła albo wrócić do domu, albo znalazła jakieś schronienie, a ja biegam, cały poobijany po lesie na darmo. Dobra, koniec tych rozmyśleń, nareszcie dotarłem. A jednak jest tutaj! Tak, Alexy jest wszechmocny, bo Alexy wie wszystko! Już zaczynam świrować, a oni pewnie się jeszcze męczą i jej szukaj. Podbiegłem do niej z ręką wyciągniętą na znak, że jestem Supermenem. Przykucnąłem przy niej, a moja radość naglę zniknęła . Miała sine usta i była cała blada,a jej oczy były zamknięte. Wziąłem jej rękę, ale nie reagowała. Próbowałem też ją ocucić, ale to nic nie dało. Szybko wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Armina. Odebrał po czterech sygnałach.
- Czego chcesz Alexy? Jestem zajęty - powiedział zirytowany
- To bardzo, ale to bardzo ważne, bo znalazłem Amelię. Jesteśmy w parku. A skąd wiem, że zginęła? Później wyjaśnię. Przyjeżdżaj - rozłączyłem się
Dlaczego powiedziałem, że jesteśmy w parku? To proste, postanowiłem wynieść Amelię z tego miejsca. Szybko wziąłem ją na ręce i wybiegłem z lasu. Droga była długa, ale jakiś cudem udało mi się ją przebyć bez żadnego przykrego wypadku. Po wyjściu z tego okropnego lasu położyłem Amelię na trawie koło pięknej, wielkiej fontanny, ale nie pora teraz na zachwycanie się nią. Już po raz kolejny próbowałem ocucić dziewczynę, ale niestety nie wyszło mi to. Postanowiłem jednak zadzwonić na pogotowie, ale przed tym sprawdziłem jej puls. Na szczęście jeszcze żyje! Wybrałem odpowiedni numer i czekałem, aż ktoś odbierze. Doczekałem się, przedstawiłem, wyjaśniłem całą sytuację oraz podałem miejsce gdzie się aktualnie znajdujemy się. Podziękowałem i rozłączyłem się. Czekałem i czekałem, aż wreszcie usłyszałem głos silnika samochodowego. Od razu domyśliłem się, że to Kastiel, Armin i pani Nixon. Po wyjściu z auta podbiegli do mnie i do Amelii. Nie musieliśmy długo czekać na pogotowie, bo przyjechali dość szybko. Kastiel jeszcze przed ich przyjazdem zadzwonił do Lysandra, a ci jakieś pięć minut temu się pojawili. Lekarz pytał się nas, a głównie mnie o to czy próbowałem ją ocucić. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że tak. Zabrali ją do karetki, ale niestety tylko jedna osoba mogła jechać z Amelią. Oczywiście była to pani Aghata. My wsiedliśmy do auta Kastiela i pojechaliśmy za nimi.
Droga do szpitala nie była długa. Teraz akurat czekaliśmy przed salą, w której lekarze wykonywali różne badania. Miałem nadzieję, że to nic poważnego...
__________________________________________________________________________________
Cześć! Tak, wróciłam z koloni 14, a rozdział dopiero 26 wieczorem. Przepraszam was za to, ale ostatnio jakoś nie miałam czasu. Rozdział jak zawsze nijaki i średniej długości, ale cóż. Jaki wyszedł, taki wyszedł -.- Chciałam jeszcze podziękować za odwiedziny na blogu, ponieważ jest już ich ponad 1000. Jeszcze raz dziękuję i życzę miłych wakacji!
Julka
niedziela, 30 czerwca 2013
Rozdział 6
Do domu wróciłam o dwudziestej pierwszej dwadzieścia pięć. Powoli otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Zdjęłam mój fioletowy płaszcz, a później weszłam do salonu. Od razu zauważyłam ciocię siedząca przy stole i podpierająca się rękami. Wyglądała na bardzo, ale to bardzo smutną... Podeszłam do niej i siadając na krzesełku, poklepałam ja po ramieniu. Natychmiast podniosła głowę.
- Ciociu... Co się stało? - zapytałam
- Nic takiego - odpowiedziała cicho
- Przecież widzę
- No dobrze. Chyba mogę ci powiedzieć. Znaleziono twojego brata...
- To ja mam brata?! Ciociu nie oszukuj mnie! - przerwałam jej ze zdziwieniem
- To nie kłamstwo... Ma na imię Dylan i o rok starszy od ciebie. Został porwany w wieku dwóch lat. To pewne, że go nie pamiętasz... Policja szukała go przez trzynaście lat. Trzynaście lat! Przerwali poszukiwania, ponieważ stwierdzili, że nie żyje i, że to nie ma sensu. Dziś w nocy znaleziono go przemarzniętego i pobitego w starym domu. Teraz jest w szpitalu, a jutro ma przyjechać do domu. To cud, że jeszcze żyje. - opowiadała, przełykając ślinę
- I przez tyle lat ty i rodzice nie powiedzieliście mi o tym?! - krzyknęłam i wstałam z krzesełka
- Ciszej... Dziewczynki już śpią. Chciałam ci o tym powiedzieć, ale nigdy nie miałam odwagi - spuściła głowę
- Jak mogłaś to przede mną ukrywać tyle lat! - krzyknęłam ponownie, wstałam i skierowałam się w stronę drzwi.
- Gdzie idziesz?! - zapytała ciocia
- Nie wiem! - odkrzyknęłam nadal będąc zła
Wyszłam z domu cała kipiąc ze złości. Nie mogłam uwierzyć, że ciocia nie powiedziała mi tego wcześniej. Od razu ruszyłam w stronę parku, a następnie lasku, który tam się znajdował. Po kilkuminutowej przechadzce trafiłam nad małe jeziorko z wodospadem znajdujące się w środku lasu. Usiadam obok niego na trawie, wpatrując się w księżycowe odbicie na tafli wody...
*Z punktu widzenia Aghaty*
Po wyjściu Amelii spanikowałam i nie wiedziałam co zrobić. Pierwsze co przyszło mi do głowy to zadzwonić do Armina lub Kastiela, bo mam tylko ich numery. W końcu postanowiłam, że zadzwonię do obu chłopaków. Najpierw wykręciłam numer do Armina. Odebrało po trzech sygnałach.
- Halo? - zapytał chłopak
- Armin, musisz mi pomóc - mówiłam szybko i niespokojnie
- Spokojnie pani
Nixon. Co się stało? - zapytał ponownie
- Amelia uciekła! Nie wiem gdzie jej szukać - na ni przydały się uspokojenia chłopaka, zaczęłam wariować. Naglę usłyszałam płacz dziecka.
- Dobrze zaczniemy szukać. Za chwilę będę u pani - oznajmił
- Armin, mógłbyś zadzwonić do Kastiela, bo może pomógłby nam. Ja nie mogę, Laura płacze - poprosiłam
- Oczywiście, że tak - powiedział
- Dziękuję, Armin. Naprawdę mi pomagasz - uśmiechnęłam się sama do siebie
- Nie ma za co - powiedział i rozłączył się, a ja pobiegłam do Laurki.
Weszłam do pokoju, ale okazało się, że już nie płacze. Szybko zbiegłam na dół i chwyciłam komórkę. Wybrałam numer do opiekunki do dzieci. Jeden sygnał, drugi, trzeci... Tak! Odebrała! Załatwiłam wszystko, a opiekunka przyjedzie za góra dziesięć minut. Siadłam na kanapie i niecierpliwie na nią czekałam, pukając moimi kolorowymi paznokciami o ławę. Po kilku minutach usłyszałam dzwonek do drzwi. Zerwałam się kanapy i pobiegłam do drzwi, by za chwilę je otworzyć. Przede mną stała wysoka kobieta o czarnych włosach i zielonych oczach, które miło spoglądały zza grzywki. Była mniej, więcej w moim wieku. Ubrana była w rurki, białą koszulkę z rękawami trzy czwarte. Na bluzkę narzuconą miała czarną kamizelkę, a na nogi założone również czarne balerynki z kokardką. Wyglądała bardzo ładnie.
- Dobry wieczór. Zamawiała pani opiekunkę do dzieci? - uśmiechnęła się miło
- Tak. Dobry wieczór. Zapraszam do środka. Pokażę pani gdzie wszystko jest - przepuściłam ją w progu.
Udałyśmy się do salonu, a tam wytłumaczyłam kobiecie co gdzie się znajduje. Następna była kuchnia. Tam też wyjaśniłam jej wszystko i przy okazji powiedziałam gdzie są pokoje dziewczynek i łazienka. Oznajmiłam, że wrócę za góra cztery godziny i spytałam czy jej to nie przeszkadza.
- Nie. To żaden problem - uśmiechnęła się
- To dobrze. Ja wychodzę i liczę, że dziewczynki nie będą sprawiały kłopotów - odpowiedziałam
- Na pewno nie będą. Słodko śpią - znowu uśmiechnęła się
Wyszłam z domu. Tak jak przeczuwałam przed nim stał samochód Kastiela, a z daleka zobaczyłam, że obok samochodu stoi Armin. Podeszłam do niego, a ten otworzył mi drzwi, abym zajęła miejsce obok Kastiela, a sam usiadł z tyłu.
- Chłopcy... Naprawdę wam dziękuję. Nie wiem co bym bez was zrobiła - podziękowałam
- To nie problem pani Thomas. Zrobimy wszystko by znaleźć Amelię. Ewentualnie pójdziemy na policję - odezwał się ciepły głos Armina dobiegający z tyłu.
Rozpoczęły się nasze wielkie poszukiwania...
*Oczami Amelii*
Dalej byłam przy jeziorku, ale teraz zamiast siedzieć, leżałam i wsłuchiwałam się w ciche pohukiwanie sowy. Wiatr lekko wiał tak jakby tańczył w powietrzu i otulał moją twarz zimnym powietrzem. Przewracałam się z boku na bok by znaleźć wygodne miejsce i przy okazji ochronić się przed wiatrem. Nie wiem kiedy moje powieki zaczęły się zamykać, a ja oddałam się w objęcia Morfeusza...
__________________________________________________________________________________
Cześć! Na początku chciałam was przeprosić za to, że tak długo nie pisałam, ale nie miałam weny. Rozdział (nie wiem nawet czy można go tak nazwać ze względu na długość) wyszedł mi nijaki. Był on pisany na siłę więc co się dziwić... Ale koniecznie chciałam coś dodać przed moim wyjazdem, o którym już z resztą wspominałam w komentarzu. Przy okazji chcę wam życzyć miłych, ciepłych i pogodnych WAKACJI!!!
Julka
- Ciociu... Co się stało? - zapytałam
- Nic takiego - odpowiedziała cicho
- Przecież widzę
- No dobrze. Chyba mogę ci powiedzieć. Znaleziono twojego brata...
- To ja mam brata?! Ciociu nie oszukuj mnie! - przerwałam jej ze zdziwieniem
- To nie kłamstwo... Ma na imię Dylan i o rok starszy od ciebie. Został porwany w wieku dwóch lat. To pewne, że go nie pamiętasz... Policja szukała go przez trzynaście lat. Trzynaście lat! Przerwali poszukiwania, ponieważ stwierdzili, że nie żyje i, że to nie ma sensu. Dziś w nocy znaleziono go przemarzniętego i pobitego w starym domu. Teraz jest w szpitalu, a jutro ma przyjechać do domu. To cud, że jeszcze żyje. - opowiadała, przełykając ślinę
- I przez tyle lat ty i rodzice nie powiedzieliście mi o tym?! - krzyknęłam i wstałam z krzesełka
- Ciszej... Dziewczynki już śpią. Chciałam ci o tym powiedzieć, ale nigdy nie miałam odwagi - spuściła głowę
- Jak mogłaś to przede mną ukrywać tyle lat! - krzyknęłam ponownie, wstałam i skierowałam się w stronę drzwi.
- Gdzie idziesz?! - zapytała ciocia
- Nie wiem! - odkrzyknęłam nadal będąc zła
Wyszłam z domu cała kipiąc ze złości. Nie mogłam uwierzyć, że ciocia nie powiedziała mi tego wcześniej. Od razu ruszyłam w stronę parku, a następnie lasku, który tam się znajdował. Po kilkuminutowej przechadzce trafiłam nad małe jeziorko z wodospadem znajdujące się w środku lasu. Usiadam obok niego na trawie, wpatrując się w księżycowe odbicie na tafli wody...
*Z punktu widzenia Aghaty*
Po wyjściu Amelii spanikowałam i nie wiedziałam co zrobić. Pierwsze co przyszło mi do głowy to zadzwonić do Armina lub Kastiela, bo mam tylko ich numery. W końcu postanowiłam, że zadzwonię do obu chłopaków. Najpierw wykręciłam numer do Armina. Odebrało po trzech sygnałach.
- Halo? - zapytał chłopak
- Armin, musisz mi pomóc - mówiłam szybko i niespokojnie
- Spokojnie pani
Nixon. Co się stało? - zapytał ponownie
- Amelia uciekła! Nie wiem gdzie jej szukać - na ni przydały się uspokojenia chłopaka, zaczęłam wariować. Naglę usłyszałam płacz dziecka.
- Dobrze zaczniemy szukać. Za chwilę będę u pani - oznajmił
- Armin, mógłbyś zadzwonić do Kastiela, bo może pomógłby nam. Ja nie mogę, Laura płacze - poprosiłam
- Oczywiście, że tak - powiedział
- Dziękuję, Armin. Naprawdę mi pomagasz - uśmiechnęłam się sama do siebie
- Nie ma za co - powiedział i rozłączył się, a ja pobiegłam do Laurki.
Weszłam do pokoju, ale okazało się, że już nie płacze. Szybko zbiegłam na dół i chwyciłam komórkę. Wybrałam numer do opiekunki do dzieci. Jeden sygnał, drugi, trzeci... Tak! Odebrała! Załatwiłam wszystko, a opiekunka przyjedzie za góra dziesięć minut. Siadłam na kanapie i niecierpliwie na nią czekałam, pukając moimi kolorowymi paznokciami o ławę. Po kilku minutach usłyszałam dzwonek do drzwi. Zerwałam się kanapy i pobiegłam do drzwi, by za chwilę je otworzyć. Przede mną stała wysoka kobieta o czarnych włosach i zielonych oczach, które miło spoglądały zza grzywki. Była mniej, więcej w moim wieku. Ubrana była w rurki, białą koszulkę z rękawami trzy czwarte. Na bluzkę narzuconą miała czarną kamizelkę, a na nogi założone również czarne balerynki z kokardką. Wyglądała bardzo ładnie.
- Dobry wieczór. Zamawiała pani opiekunkę do dzieci? - uśmiechnęła się miło
- Tak. Dobry wieczór. Zapraszam do środka. Pokażę pani gdzie wszystko jest - przepuściłam ją w progu.
Udałyśmy się do salonu, a tam wytłumaczyłam kobiecie co gdzie się znajduje. Następna była kuchnia. Tam też wyjaśniłam jej wszystko i przy okazji powiedziałam gdzie są pokoje dziewczynek i łazienka. Oznajmiłam, że wrócę za góra cztery godziny i spytałam czy jej to nie przeszkadza.
- Nie. To żaden problem - uśmiechnęła się
- To dobrze. Ja wychodzę i liczę, że dziewczynki nie będą sprawiały kłopotów - odpowiedziałam
- Na pewno nie będą. Słodko śpią - znowu uśmiechnęła się
Wyszłam z domu. Tak jak przeczuwałam przed nim stał samochód Kastiela, a z daleka zobaczyłam, że obok samochodu stoi Armin. Podeszłam do niego, a ten otworzył mi drzwi, abym zajęła miejsce obok Kastiela, a sam usiadł z tyłu.
- Chłopcy... Naprawdę wam dziękuję. Nie wiem co bym bez was zrobiła - podziękowałam
- To nie problem pani Thomas. Zrobimy wszystko by znaleźć Amelię. Ewentualnie pójdziemy na policję - odezwał się ciepły głos Armina dobiegający z tyłu.
Rozpoczęły się nasze wielkie poszukiwania...
*Oczami Amelii*
Dalej byłam przy jeziorku, ale teraz zamiast siedzieć, leżałam i wsłuchiwałam się w ciche pohukiwanie sowy. Wiatr lekko wiał tak jakby tańczył w powietrzu i otulał moją twarz zimnym powietrzem. Przewracałam się z boku na bok by znaleźć wygodne miejsce i przy okazji ochronić się przed wiatrem. Nie wiem kiedy moje powieki zaczęły się zamykać, a ja oddałam się w objęcia Morfeusza...
__________________________________________________________________________________
Cześć! Na początku chciałam was przeprosić za to, że tak długo nie pisałam, ale nie miałam weny. Rozdział (nie wiem nawet czy można go tak nazwać ze względu na długość) wyszedł mi nijaki. Był on pisany na siłę więc co się dziwić... Ale koniecznie chciałam coś dodać przed moim wyjazdem, o którym już z resztą wspominałam w komentarzu. Przy okazji chcę wam życzyć miłych, ciepłych i pogodnych WAKACJI!!!
Julka
sobota, 25 maja 2013
Rozdział 5
Następnego dnia obudziłam się o siódmej. Leniwie otworzyłam oczy i przeciągnęłam się.
Otworzyłam szafę i wpatrywałam się w moje ubrania. Kompletnie nie wiedziałam co włożyć. Po paru minutach zdecydowałam się na białą koszulkę, białe jeansy, różowy sweter i okulary tego samego koloru co koszulka i jeansy (zestaw). Poszłam do łazienki. Wzięłam prysznic, ubrałam się i umyłam zęby. Wychodząc z pokoju wzięłam moją białą torbę z książkami.
Zbiegłam po schodach na dół. Z uśmiechem usiadłam przy stole i przypatrywałam się cioci, która przygotowywała śniadanie. Po chwili przed moim nosem zostały położone kanapki z pomidorem. Podziękowałam i zabrałam się do jedzenia. Po zjedzonym śniadaniu spojrzałam na zegarek. Była siódma czterdzieści. Założyłam moje różowe buty i wyszłam z domu.
Do szkoły doszłam w dziesięć minut. Usiadałam na ławce na dziedzińcu i obserwowałam innych uczniów. Rozejrzałam się dookoła. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że siedzę na "ławce Kastiela''. Ale miałam to głęboko w poważaniu. Tak jak się spodziewałam, podszedł do mnie Kas.
- Wiesz, że siedzisz na mojej ławce? - wycedził przez zęby. Z jego oczu można było wywnioskować, że był bardzo, ale to bardzo wkurzony.
- Po pierwsze to jest własność szkoły, a po drugie nie obchodzi mnie to - odwróciłam głowę i znów zaczęłam patrzeć na uczniów. Kastiel zrezygnowany usiadł obok mnie. Popatrzyłam na niego zaskoczona.
- Stało się coś? - zapytałam, ponieważ Kastiel nigdy się tak nie zachowywał
- Nie twoja sprawa Thomas! - krzyknął. Oczy wszystkich, którzy przebywali na dziedzińcu zwróciły się na nas.
- Ok. Nie złość się. Po prostu widzę, że jesteś w złym humorze. Nigdy się tak nie zachowywałeś - oznajmiłam
- Pokłóciłem się z rodzicami i Hilary - powiedział cicho. To, że pokłócił się z rodzicami nie było zaskoczeniem, ale z Hilary... Zawsze mieli ze sobą bardzo dobry kontakt. Wiedziałam, że jest tym bardzo przygnębiony.
- A co się właściwie stało? - położyłam mu rękę na ramieniu
- Mówiłem już, że to nie twoja sprawa! - zrzucił moją rękę i poszedł w stronę szkoły. Wzruszyłam ramionami i również poszłam do szkoły.
Drugą lekcją była historia. Siedziałam w ławce z Rozalią. Z niewiadomych przyczyn Violetty nie było w szkole. Ale jak już mówiłam, siedziałam sobie na lekcji historii i jak zwykle się nudziłam. Rozalia natomiast bardzo uważnie słuchała. Zawsze lubiła ten przedmiot.
Na długiej przerwie razem z Rozą poszłyśmy na stołówkę. Po wzięciu posiłku usiadłyśmy przy stoliku i zaczęłyśmy jeść. Po chwili podszedł do nas Nathan.
- Czego? - zapytała go Rozalia
- Nie przyszedłem do ciebie - syknął chłopak
- Chcesz czegoś ode mnie? - zwróciłam się do Nathana
- W sumie to tak
- Więc?
- Chciałem zapytać czy nie poszłabyś gdzieś ze mną jutro? - uśmiechnął się
- No nie wiem... Postanowiłam trochę bardziej uważać na chłopaków - odparłam
- Tak... Słyszałem o Chrisie, ale jeśli się zgodzisz obiecuję, że nigdy nie zrobię ci czegoś takiego - obiecał. W ostateczności postanowiłam się zgodzić. Mam nadzieję, że z Nathanem nie będzie takich kłopotów jak z Christianem.
- No... Dobrze - zgodziłam się
- Super! - uśmiechnął się, a już po chwili pobiegł do swoich znajomych i przybił im piątki. Zaśmiałam się.
Szłam sobie spokojnie chodnikiem. Było już po lekcjach. Po chwili z daleka zauważyłam mój dom. Z entuzjazmem przyśpieszyłam kroku. Nareszcie piątek! Rozpromieniona i uśmiechnięta weszłam do domu. Ciocia siedział przed telewizorem i oglądała nudny serial. Wiem, że nudny, bo już kiedyś go oglądałam razem z Aghatą. No cóż... Każdy ma inny gust. Przywitałam się i ruszyłam w stronę swojego pokoju. Przebrałam się w trochę bardziej wygodniejsze ciuchy, którymi były czarne rurki i biała koszulka na ramiączkach. Postanowiłam odrobić lekcję, żeby mieć już spokój.
Po odrobieniu lekcji, a odrabiałam je godzinę. Głupia matematyka. No tak, po odrobieniu lekcji usiadłam przy laptopie. Surfowałam po internecie, ale później zrezygnowałam, ponieważ nie było w nim nic ciekawego i zaczęłam grać w jakieś durne gry. Minęły mi tak dwie godziny.
Wieczorem postanowiłam wyjść na spacer. Ubrałam płaszcz, trampki i wyszłam z domu. Powoli spacerowałam chodnikiem. Przechodziłam właśnie obok domu Lysandra. Akurat w tej chwili podeszła do mnie Nina. Nina chodzi jeszcze do gimnazjum, a dokładniej do trzeciej gimnazjum. Ubiera się w stylu Gothic Lolita. Ma różowe pasemka i srebrzyste oczy. Dla niektórych może wydawać się bardzo słodka i miła, ale jak ją się pozna to naprawdę można się przestraszyć, że w takiej małej osobie mieści się aż tyle zazdrości i może trochę zła. Nina bardzo często jest zazdrosna o Lysandra. Zakochała się dziewczyna.
- Co ty tu robisz? - zapytała oschle
- Cześć! Przechodziłam tędy i po prostu... - nie dokończyłam
- Przyszłaś do Lysandra? - spytała
- Nie... - powiedziałam. Akurat w tej chwili z domu wyszedł Lys. Przytulił mnie na powitanie. Później przywitał się z Niną. Wydawało mi się, że jest trochę zazdrosna.
- Cześć! Co wy tu robicie? - uśmiechnął się
- Przechodziłyśmy tędy - odparła Nina
- Może wejdziecie do środka? - zaproponował
- Przepraszam, ale może innym razem - odmówiłam
- Ja też nie mogę - oznajmiła Nina. Trochę się zdziwiłam. Nie spodziewałam się, że odmówi Lysiowi.
- No cóż... Może innym razem. Do zobaczenia! - uśmiechnął się i wszedł do domu. Pożegnałam się z blondynką i dalej ruszyłam na spacer.
Przechodziłam akurat obok domy Kastiela kiedy usłyszałam szczekanie. Szczekanie Demona. Demon jest psem Kasa. Jego rasa to Owczarek Francuski. Odwróciłam głowę w tamtą stronę. Okazało się, że pies biegnie prosto na mnie. Zdążyłam jeszcze zobaczyć Hilary. Myślałam, że zaraz udusi się ze śmiechu. Mnie jednak nie było do śmiechu. Już po chwili Demon wskoczył na mnie i zaczął lizać po twarzy. Czasami wydaje mi się, że wszyscy z rodziny Kastiela mnie lubią. Oczywiście oprócz niego.
- Demon! No już! Przestań! - krzyczałam w przerwach od śmiechu. Na szczęście pies zeszedł, a ja mogłam się podnieść.
- Cześć Amelia! - przywitała się siostra Kasa
- Cześć Hilary! - również się przywitałam - Gdzie Kastiel i dlaczego wychodzisz z jego psem? Jeśli o tym nie wie to cię zabije - powiedziałam
- Nie martw się. Nie wie o tym, ale wyszedł na koncert z jakąś dziewczyną. Wróci pewnie za jakieś dwie godziny. Mam czas. - uśmiechnęła się
- Ach tak! Dziś jest koncert Globus! Miałam się na niego wybrać, ale zapomniałam... - trochę się zaskoczyłam tym, że Kas poszedł na ich koncert. Nie spodziewałam się, że lubi symfoniczny rock. Razem postanowiłyśmy, że wybierzemy się z Demonem do parku. Demon bawił się, a ja i Hilary rozmawiałyśmy. Czasami wydaje mi się, że ona ma więcej lat niż naprawdę ma. Rozmawiałyśmy aż dwie godziny. W końcu zorientowałyśmy się, że Kastiel może być już w domu. Chciałabym widzieć jego minę, gdyby zauważył, że Demona nie ma w domu. Zawołałyśmy Demona i wyszłyśmy z parku. Kiedy odprowadziłam Hilary okazało się, że Kasa nie ma w domu. Ruszyłam w stronę swojego domu. Była dwudziesta pierwsza...
__________________________________________________________________________________
Cześć! To znowu ja! Przepraszam, że tak długo nie dodawałam żadnego rozdziału, ale jak już mówiłam muszę się teraz dużo uczyć i musicie być przygotowani na to, że następny rozdział również nie będzie szybko dodany. Pozdrawiam!
Julka
Zbiegłam po schodach na dół. Z uśmiechem usiadłam przy stole i przypatrywałam się cioci, która przygotowywała śniadanie. Po chwili przed moim nosem zostały położone kanapki z pomidorem. Podziękowałam i zabrałam się do jedzenia. Po zjedzonym śniadaniu spojrzałam na zegarek. Była siódma czterdzieści. Założyłam moje różowe buty i wyszłam z domu.
Do szkoły doszłam w dziesięć minut. Usiadałam na ławce na dziedzińcu i obserwowałam innych uczniów. Rozejrzałam się dookoła. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że siedzę na "ławce Kastiela''. Ale miałam to głęboko w poważaniu. Tak jak się spodziewałam, podszedł do mnie Kas.
- Wiesz, że siedzisz na mojej ławce? - wycedził przez zęby. Z jego oczu można było wywnioskować, że był bardzo, ale to bardzo wkurzony.
- Po pierwsze to jest własność szkoły, a po drugie nie obchodzi mnie to - odwróciłam głowę i znów zaczęłam patrzeć na uczniów. Kastiel zrezygnowany usiadł obok mnie. Popatrzyłam na niego zaskoczona.
- Stało się coś? - zapytałam, ponieważ Kastiel nigdy się tak nie zachowywał
- Nie twoja sprawa Thomas! - krzyknął. Oczy wszystkich, którzy przebywali na dziedzińcu zwróciły się na nas.
- Ok. Nie złość się. Po prostu widzę, że jesteś w złym humorze. Nigdy się tak nie zachowywałeś - oznajmiłam
- Pokłóciłem się z rodzicami i Hilary - powiedział cicho. To, że pokłócił się z rodzicami nie było zaskoczeniem, ale z Hilary... Zawsze mieli ze sobą bardzo dobry kontakt. Wiedziałam, że jest tym bardzo przygnębiony.
- A co się właściwie stało? - położyłam mu rękę na ramieniu
- Mówiłem już, że to nie twoja sprawa! - zrzucił moją rękę i poszedł w stronę szkoły. Wzruszyłam ramionami i również poszłam do szkoły.
Drugą lekcją była historia. Siedziałam w ławce z Rozalią. Z niewiadomych przyczyn Violetty nie było w szkole. Ale jak już mówiłam, siedziałam sobie na lekcji historii i jak zwykle się nudziłam. Rozalia natomiast bardzo uważnie słuchała. Zawsze lubiła ten przedmiot.
Na długiej przerwie razem z Rozą poszłyśmy na stołówkę. Po wzięciu posiłku usiadłyśmy przy stoliku i zaczęłyśmy jeść. Po chwili podszedł do nas Nathan.
- Czego? - zapytała go Rozalia
- Nie przyszedłem do ciebie - syknął chłopak
- Chcesz czegoś ode mnie? - zwróciłam się do Nathana
- W sumie to tak
- Więc?
- Chciałem zapytać czy nie poszłabyś gdzieś ze mną jutro? - uśmiechnął się
- No nie wiem... Postanowiłam trochę bardziej uważać na chłopaków - odparłam
- Tak... Słyszałem o Chrisie, ale jeśli się zgodzisz obiecuję, że nigdy nie zrobię ci czegoś takiego - obiecał. W ostateczności postanowiłam się zgodzić. Mam nadzieję, że z Nathanem nie będzie takich kłopotów jak z Christianem.
- No... Dobrze - zgodziłam się
- Super! - uśmiechnął się, a już po chwili pobiegł do swoich znajomych i przybił im piątki. Zaśmiałam się.
Szłam sobie spokojnie chodnikiem. Było już po lekcjach. Po chwili z daleka zauważyłam mój dom. Z entuzjazmem przyśpieszyłam kroku. Nareszcie piątek! Rozpromieniona i uśmiechnięta weszłam do domu. Ciocia siedział przed telewizorem i oglądała nudny serial. Wiem, że nudny, bo już kiedyś go oglądałam razem z Aghatą. No cóż... Każdy ma inny gust. Przywitałam się i ruszyłam w stronę swojego pokoju. Przebrałam się w trochę bardziej wygodniejsze ciuchy, którymi były czarne rurki i biała koszulka na ramiączkach. Postanowiłam odrobić lekcję, żeby mieć już spokój.
Po odrobieniu lekcji, a odrabiałam je godzinę. Głupia matematyka. No tak, po odrobieniu lekcji usiadłam przy laptopie. Surfowałam po internecie, ale później zrezygnowałam, ponieważ nie było w nim nic ciekawego i zaczęłam grać w jakieś durne gry. Minęły mi tak dwie godziny.
Wieczorem postanowiłam wyjść na spacer. Ubrałam płaszcz, trampki i wyszłam z domu. Powoli spacerowałam chodnikiem. Przechodziłam właśnie obok domu Lysandra. Akurat w tej chwili podeszła do mnie Nina. Nina chodzi jeszcze do gimnazjum, a dokładniej do trzeciej gimnazjum. Ubiera się w stylu Gothic Lolita. Ma różowe pasemka i srebrzyste oczy. Dla niektórych może wydawać się bardzo słodka i miła, ale jak ją się pozna to naprawdę można się przestraszyć, że w takiej małej osobie mieści się aż tyle zazdrości i może trochę zła. Nina bardzo często jest zazdrosna o Lysandra. Zakochała się dziewczyna.
- Co ty tu robisz? - zapytała oschle
- Cześć! Przechodziłam tędy i po prostu... - nie dokończyłam
- Przyszłaś do Lysandra? - spytała
- Nie... - powiedziałam. Akurat w tej chwili z domu wyszedł Lys. Przytulił mnie na powitanie. Później przywitał się z Niną. Wydawało mi się, że jest trochę zazdrosna.
- Cześć! Co wy tu robicie? - uśmiechnął się
- Przechodziłyśmy tędy - odparła Nina
- Może wejdziecie do środka? - zaproponował
- Przepraszam, ale może innym razem - odmówiłam
- Ja też nie mogę - oznajmiła Nina. Trochę się zdziwiłam. Nie spodziewałam się, że odmówi Lysiowi.
- No cóż... Może innym razem. Do zobaczenia! - uśmiechnął się i wszedł do domu. Pożegnałam się z blondynką i dalej ruszyłam na spacer.
Przechodziłam akurat obok domy Kastiela kiedy usłyszałam szczekanie. Szczekanie Demona. Demon jest psem Kasa. Jego rasa to Owczarek Francuski. Odwróciłam głowę w tamtą stronę. Okazało się, że pies biegnie prosto na mnie. Zdążyłam jeszcze zobaczyć Hilary. Myślałam, że zaraz udusi się ze śmiechu. Mnie jednak nie było do śmiechu. Już po chwili Demon wskoczył na mnie i zaczął lizać po twarzy. Czasami wydaje mi się, że wszyscy z rodziny Kastiela mnie lubią. Oczywiście oprócz niego.
- Demon! No już! Przestań! - krzyczałam w przerwach od śmiechu. Na szczęście pies zeszedł, a ja mogłam się podnieść.
- Cześć Amelia! - przywitała się siostra Kasa
- Cześć Hilary! - również się przywitałam - Gdzie Kastiel i dlaczego wychodzisz z jego psem? Jeśli o tym nie wie to cię zabije - powiedziałam
- Nie martw się. Nie wie o tym, ale wyszedł na koncert z jakąś dziewczyną. Wróci pewnie za jakieś dwie godziny. Mam czas. - uśmiechnęła się
- Ach tak! Dziś jest koncert Globus! Miałam się na niego wybrać, ale zapomniałam... - trochę się zaskoczyłam tym, że Kas poszedł na ich koncert. Nie spodziewałam się, że lubi symfoniczny rock. Razem postanowiłyśmy, że wybierzemy się z Demonem do parku. Demon bawił się, a ja i Hilary rozmawiałyśmy. Czasami wydaje mi się, że ona ma więcej lat niż naprawdę ma. Rozmawiałyśmy aż dwie godziny. W końcu zorientowałyśmy się, że Kastiel może być już w domu. Chciałabym widzieć jego minę, gdyby zauważył, że Demona nie ma w domu. Zawołałyśmy Demona i wyszłyśmy z parku. Kiedy odprowadziłam Hilary okazało się, że Kasa nie ma w domu. Ruszyłam w stronę swojego domu. Była dwudziesta pierwsza...
__________________________________________________________________________________
Cześć! To znowu ja! Przepraszam, że tak długo nie dodawałam żadnego rozdziału, ale jak już mówiłam muszę się teraz dużo uczyć i musicie być przygotowani na to, że następny rozdział również nie będzie szybko dodany. Pozdrawiam!
Julka
środa, 15 maja 2013
Rozdział 4
Wstałam o siódmej. Powolnym krokiem podeszłam do szafy. Wyciągnęłam z niej czarne jeansy, duży, biały sweter z czaszką, kolczyki w kształcie krzyża oraz czarny naszyjnik z koniem (zestaw). Weszłam do łazienki. Wzięłam poranny prysznic, ubrałam się i umyłam zęby. Wychodząc z pokoju zgarnęłam moją torbę z książkami, przygotowanymi poprzedniego dnia.
Po zjedzonym śniadaniu, którym były dwie kanapki, wyszłam z domu. Przed domem stał czarny samochód. Należał on do Nata. Zastanawiałam się czemu przyjechał. Po chwili chłopak wysiadł z auta.
- Cześć Amelia! - zawołał wesoło
- Hej Nat! - odpowiedziałam - Stało się coś? - zapytałam
- Nie. Przejeżdżałem tędy i pomyślałem, że mogę cię podwieźć. Oczywiście jeśli zechcesz - zarumienił się.
- W sumie, czemu nie! - zgodziłam się, a chłopak uśmiechnął się. Otworzył mi drzwi bym mogła usiąść, a potem zamknął je. Okrążył samochód i usiadł na miejscu kierowcy. Auto ruszyło.
Całą drogę przegadaliśmy. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Nawet fajnie rozmawiało się z Natanielem. Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Nataniel stanął na parkingu szkoły. Wysiedliśmy z samochodu i razem ruszyliśmy w stronę liceum, tym razem w ciszy. Weszliśmy do budynku szkoły.
- No to... Do pierwszej lekcji - pożegnałam się z nim
- Tak. Na razie - powiedział, odchodząc
Udałam się po klasę matematyki, gdzie mieliśmy mieć teraz lekcje. Usiadłam pod ścianą i grałam na telefonie. Nagle podszedł do mnie Lysander.
- Cześć. Jak tam po imprezie - zapytał, siadając koło mnie
- W sumie to dobrze. Tylko dręczy mnie jedna sprawa... Lysander... Wiesz czy pomiędzy mną, a Chrisem doszło do czegoś więcej?... Pytałam już Kastiela. Powiedział, że nie, ale nie za bardzo jestem pewna - spojrzałam na niego. Z jego twarzy natychmiastowo znikł uśmiech
- Wiesz... Chris... - zaczął niepewnie - On... Dobierał się do ciebie...
- Co?! - krzyknęłam
- Nic nie pamiętasz? - zapytał. Pokręciłam przecząco głową
- Zaraz po tym Kas wyrzucił go, a impreza się skończyła. Siedziałaś na kanapie i płakałaś. Próbowaliśmy cię uspokoić, ale nie udało się. Krótko po tym zasnęłaś - oznajmił smutno
- Wybacz Lys, ale muszę spotkać się z Kastielem. Szybko...
- Oczywiście. Do zobaczenia - uśmiechnął się. Spojrzałam na zegarek. Było jeszcze dziesięć minut do dzwonka. Zdążę. Pomyślałam. Ruszyłam w stronę dziedzińca. Rozejrzałam się po nim. Po chwili zobaczyłam czerwonowłosego stojącego z swoimi kumplami. Natychmiast ruszyłam w ich stronę.
- Kastiel musimy pogadać - skrzyżowałam ręce
- Nie teraz - powiedział nawet na mnie nie patrząc
- Choć - chwyciłam jego ramię i pociągnęłam za sobą. Jego koledzy zaśmiali się
- Czego chcesz? - zapytał wkurzony
- Lysander mi powiedział - rzekłam
- Co ci powiedział? - chyba się wystraszył. Ale on?... Nie... Przewidziało mi się.
- To, co wydarzyło się podczas imprezy. Dlaczego mi nie powiedziałeś co Chris chciał zrobić? - zapytałam
- Wiem, że byłaś pijana. Nic nie pamiętasz. Nie chciałem cię martwić - odwrócił wzrok
- Martwić?! Przecież on chciał mnie zgwałcić! - powiedziałam głośno, ale tak żeby tylko Kas usłyszał
- I tak pewnie byś mi nie uwierzyła. Ale teraz już wiesz, więc daj mi spokój - odszedł
Weszłam z powrotem do szkoły.
*Z punktu widzenia Kastiela*
Podszedłem z powrotem do chłopaków.
- Co chciała Amelia? - zapytał Michael
- Nic ważnego - odwróciłem wzrok
- No przestań! Ona jest najładniejsza w szkole, zaraz po Rozalii. Z resztą niezła z niej laska - zaśmiali się, ale ja nie miałem do śmiechu.
- Możecie przestać? - wkurzyłem się
- No, ale popatrz na nią. Zaklepuję! - krzyknął Nathan
- Jeszcze jedno słowo, a wam naprawdę przywalę - zacisnąłem pięści
- Kastuś. Ale ty się chyba nie zakochałeś? Nie? - zapytał Nathan
- Nie nazywaj mnie tak! Co ty? W niej? Ona jest strasznie denerwująca - powiedziałem stanowczo
- Dziwne. Nie widziałem go nigdy zakochanego. Chyba, że chodzi o tą Debrę - szepnął Michael do Nathana
- Dlatego teraz nie dowiemy się, czy jest zakochany - odpowiedział Nathan
- Idioci - ruszyłem w stronę szkoły...
*Z punktu widzenia Amelii*
Lekcje zaczną się za dwie minuty. Siedziałam sobie pod klasą z Lysandrem, Rozalią i Violettą. Rozmawialiśmy sobie i pewnie rozmawialibyśmy tak dalej, ale dzwonek przerwał te pogaduchy. Okazało się, że mamy zastępstwo.
Resztę lekcji minęła spokojnie. Wyszłam z klasy, kiedy usłyszałam, że ktoś mnie woła
- Amelia! - usłyszałam za sobą. Odwróciłam się za mną stał... Chris... Pewnie myślał, że niczego nie pamiętam, z resztą tak było, ale dowiedziałam się o wszystkim. Chris chciał mnie pocałować, ale odsunęłam się.
- Co ci jest? - zapytał, chcąc mnie przytulić
- Nie dotykaj mnie! - krzyknęłam
- Co ci się, do cholery, stało? - zapytał
- Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego - chciałam odejść, ale zatrzymał mnie
- Ale co ja takiego zrobiłem?
- Nie pamiętasz już? Wiesz? Wszystko już wiem. Wiem co stało się podczas imprezy i wiem, że nienawidzę cię za to! A teraz odwal się. - ponownie chciałam przejść obok - Puść mnie - powiedziałam stanowczo
- Nie dopóki nie dasz mi tego wyjaśnić
- Odwal się od niej! - usłyszałam głos... Głos Armina! Uratowana!
- Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy! - darł się Christian
- Puść mnie! - zaczęłam się szarpać, ale uścisk stawał się coraz mocniejszy. Prawie nie mogłam oddychać.
- Kiedy kobieta prosi należy wykonać polecenie, a teraz puść ją, bo zrobi się nieprzyjemnie - powiedział. Nigdy go takiego nie znałam.
- To nie koniec! Będę walczył - dodał odchodząc Chris. Nic nie powiedziałam tylko rzuciłam się Arminowi na szyję. Chłopak na początku był lekko zszokowany, ale zaraz po tym też mnie przytulił.
- Dziękuję... To moja wina. Nie powinnam tyle pić... - szepnęłam. Armin oderwał mnie od siebie i uśmiechnął się.
- Dlaczego zawsze ty musisz sprowadzać na siebie takie kłopoty? - na jego twarzy zagościł wielki uśmiech
- Tak już mam - również się uśmiechnęłam. Każde z nas rozeszło się w swoją stronę...
__________________________________________________________________________________
Cześć! Rozdział mi nie wyszedł, ale grunt, że jest. Jest trochę nudny, nie mówiąc o tym, że jest krótki. Nie dzieję się w nim nic ciekawego, ale mam nadzieję, że się spodoba. Chciałam wam też podziękować za to, że czytacie moje opowiadanie. Wyświetleń strony jest coraz więcej z każdą sekundą, za co wam bardzo serdecznie dziękuję. Dzięki xD Miłego czytania :)
Julka
Po zjedzonym śniadaniu, którym były dwie kanapki, wyszłam z domu. Przed domem stał czarny samochód. Należał on do Nata. Zastanawiałam się czemu przyjechał. Po chwili chłopak wysiadł z auta.
- Cześć Amelia! - zawołał wesoło
- Hej Nat! - odpowiedziałam - Stało się coś? - zapytałam
- Nie. Przejeżdżałem tędy i pomyślałem, że mogę cię podwieźć. Oczywiście jeśli zechcesz - zarumienił się.
- W sumie, czemu nie! - zgodziłam się, a chłopak uśmiechnął się. Otworzył mi drzwi bym mogła usiąść, a potem zamknął je. Okrążył samochód i usiadł na miejscu kierowcy. Auto ruszyło.
Całą drogę przegadaliśmy. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Nawet fajnie rozmawiało się z Natanielem. Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Nataniel stanął na parkingu szkoły. Wysiedliśmy z samochodu i razem ruszyliśmy w stronę liceum, tym razem w ciszy. Weszliśmy do budynku szkoły.
- No to... Do pierwszej lekcji - pożegnałam się z nim
- Tak. Na razie - powiedział, odchodząc
Udałam się po klasę matematyki, gdzie mieliśmy mieć teraz lekcje. Usiadłam pod ścianą i grałam na telefonie. Nagle podszedł do mnie Lysander.
- Cześć. Jak tam po imprezie - zapytał, siadając koło mnie
- W sumie to dobrze. Tylko dręczy mnie jedna sprawa... Lysander... Wiesz czy pomiędzy mną, a Chrisem doszło do czegoś więcej?... Pytałam już Kastiela. Powiedział, że nie, ale nie za bardzo jestem pewna - spojrzałam na niego. Z jego twarzy natychmiastowo znikł uśmiech
- Wiesz... Chris... - zaczął niepewnie - On... Dobierał się do ciebie...
- Co?! - krzyknęłam
- Nic nie pamiętasz? - zapytał. Pokręciłam przecząco głową
- Zaraz po tym Kas wyrzucił go, a impreza się skończyła. Siedziałaś na kanapie i płakałaś. Próbowaliśmy cię uspokoić, ale nie udało się. Krótko po tym zasnęłaś - oznajmił smutno
- Wybacz Lys, ale muszę spotkać się z Kastielem. Szybko...
- Oczywiście. Do zobaczenia - uśmiechnął się. Spojrzałam na zegarek. Było jeszcze dziesięć minut do dzwonka. Zdążę. Pomyślałam. Ruszyłam w stronę dziedzińca. Rozejrzałam się po nim. Po chwili zobaczyłam czerwonowłosego stojącego z swoimi kumplami. Natychmiast ruszyłam w ich stronę.
- Kastiel musimy pogadać - skrzyżowałam ręce
- Nie teraz - powiedział nawet na mnie nie patrząc
- Choć - chwyciłam jego ramię i pociągnęłam za sobą. Jego koledzy zaśmiali się
- Czego chcesz? - zapytał wkurzony
- Lysander mi powiedział - rzekłam
- Co ci powiedział? - chyba się wystraszył. Ale on?... Nie... Przewidziało mi się.
- To, co wydarzyło się podczas imprezy. Dlaczego mi nie powiedziałeś co Chris chciał zrobić? - zapytałam
- Wiem, że byłaś pijana. Nic nie pamiętasz. Nie chciałem cię martwić - odwrócił wzrok
- Martwić?! Przecież on chciał mnie zgwałcić! - powiedziałam głośno, ale tak żeby tylko Kas usłyszał
- I tak pewnie byś mi nie uwierzyła. Ale teraz już wiesz, więc daj mi spokój - odszedł
Weszłam z powrotem do szkoły.
*Z punktu widzenia Kastiela*
Podszedłem z powrotem do chłopaków.
- Co chciała Amelia? - zapytał Michael
- Nic ważnego - odwróciłem wzrok
- No przestań! Ona jest najładniejsza w szkole, zaraz po Rozalii. Z resztą niezła z niej laska - zaśmiali się, ale ja nie miałem do śmiechu.
- Możecie przestać? - wkurzyłem się
- No, ale popatrz na nią. Zaklepuję! - krzyknął Nathan
- Jeszcze jedno słowo, a wam naprawdę przywalę - zacisnąłem pięści
- Kastuś. Ale ty się chyba nie zakochałeś? Nie? - zapytał Nathan
- Nie nazywaj mnie tak! Co ty? W niej? Ona jest strasznie denerwująca - powiedziałem stanowczo
- Dziwne. Nie widziałem go nigdy zakochanego. Chyba, że chodzi o tą Debrę - szepnął Michael do Nathana
- Dlatego teraz nie dowiemy się, czy jest zakochany - odpowiedział Nathan
- Idioci - ruszyłem w stronę szkoły...
*Z punktu widzenia Amelii*
Lekcje zaczną się za dwie minuty. Siedziałam sobie pod klasą z Lysandrem, Rozalią i Violettą. Rozmawialiśmy sobie i pewnie rozmawialibyśmy tak dalej, ale dzwonek przerwał te pogaduchy. Okazało się, że mamy zastępstwo.
Resztę lekcji minęła spokojnie. Wyszłam z klasy, kiedy usłyszałam, że ktoś mnie woła
- Amelia! - usłyszałam za sobą. Odwróciłam się za mną stał... Chris... Pewnie myślał, że niczego nie pamiętam, z resztą tak było, ale dowiedziałam się o wszystkim. Chris chciał mnie pocałować, ale odsunęłam się.
- Co ci jest? - zapytał, chcąc mnie przytulić
- Nie dotykaj mnie! - krzyknęłam
- Co ci się, do cholery, stało? - zapytał
- Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego - chciałam odejść, ale zatrzymał mnie
- Ale co ja takiego zrobiłem?
- Nie pamiętasz już? Wiesz? Wszystko już wiem. Wiem co stało się podczas imprezy i wiem, że nienawidzę cię za to! A teraz odwal się. - ponownie chciałam przejść obok - Puść mnie - powiedziałam stanowczo
- Nie dopóki nie dasz mi tego wyjaśnić
- Odwal się od niej! - usłyszałam głos... Głos Armina! Uratowana!
- Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy! - darł się Christian
- Puść mnie! - zaczęłam się szarpać, ale uścisk stawał się coraz mocniejszy. Prawie nie mogłam oddychać.
- Kiedy kobieta prosi należy wykonać polecenie, a teraz puść ją, bo zrobi się nieprzyjemnie - powiedział. Nigdy go takiego nie znałam.
- To nie koniec! Będę walczył - dodał odchodząc Chris. Nic nie powiedziałam tylko rzuciłam się Arminowi na szyję. Chłopak na początku był lekko zszokowany, ale zaraz po tym też mnie przytulił.
- Dziękuję... To moja wina. Nie powinnam tyle pić... - szepnęłam. Armin oderwał mnie od siebie i uśmiechnął się.
- Dlaczego zawsze ty musisz sprowadzać na siebie takie kłopoty? - na jego twarzy zagościł wielki uśmiech
- Tak już mam - również się uśmiechnęłam. Każde z nas rozeszło się w swoją stronę...
__________________________________________________________________________________
Cześć! Rozdział mi nie wyszedł, ale grunt, że jest. Jest trochę nudny, nie mówiąc o tym, że jest krótki. Nie dzieję się w nim nic ciekawego, ale mam nadzieję, że się spodoba. Chciałam wam też podziękować za to, że czytacie moje opowiadanie. Wyświetleń strony jest coraz więcej z każdą sekundą, za co wam bardzo serdecznie dziękuję. Dzięki xD Miłego czytania :)
Julka
poniedziałek, 13 maja 2013
Rozdział 3
- No tak, ale gdybym powiedziała, to pewne, że byś nie chciała pójść - uśmiechnęła się
- Och! Masz rację! - powiedziałam ze złym wyrazem twarzy
- Dziewczyny przestańcie już - powiedział Leo wychodząc z samochodu by otworzyć nam drzwi. Najpierw otworzył Rozalii, która siedziała na przednim siedzeniu. Potem dopiero nam. Weszliśmy po schodach i zadzwoniliśmy do drzwi. Po chwili drzwi otworzyły się, a w progu stał Kas. Uśmiechnął się. Gestem ręki zaprosił nas do środka. Weszliśmy. W środku dom Kastiela był naprawdę ładny. Ściany były koloru malinowego. Na środku salonu stała czarna kanapa ze skóry która w tej chwili była przesunięta, by zrobić miejsce na parkiet. Na środku pokoju tańczyła już spora grupka ludzi. Kanapa stała na również czarnym, puszystym dywanie. Naprzeciwko stał telewizor plazmowy. W rogu znajdował się cały sprzęt oraz głośniki. Za nimi stał DJ.
- Wow! Thomas! Świetnie wyglądasz! - krzyknął Christian. Jest w zespole razem z Kastielem i Lysandrem. Jest szatynem o niebieskich oczach. Całkiem przystojnym szatynem, ale strasznie wrednym.
- Odczep się Chris - powiedziałam
- Ale ja to mówię na poważnie
- Ty i coś na poważnie? Naprawdę? - zapytałam. On i jego kumple zaśmiali się.
- No nie bądź taka. Zatańcz ze mną - prosił. Spojrzał na mnie w taki sposób, że nie mogłam mu odmówić.
- No dobrze... - zgodziłam się - Ale tyko jeden taniec - zarządziłam
- Jak tylko zażyczysz - uśmiechnął się. Złapałam go za rękę.
- Co powiesz na piwo?
- Czemu nie.
Poszliśmy w stronę kuchni. Wchodząc do niej zobaczyliśmy Kastiela.
- A wy co? - zapytał patrząc na nasze złączone dłonie. Od razu puściłam rękę Chrisa. Moje policzki momentalnie zrobiły się czerwone .
- Przyszliśmy po piwo - poinformował go
- W lodówce - oznajmił Kas
- Dzięki - podziękował. Otworzył lodówkę i wyciągnął dwa piwa, po czym podał mi jedno. Od razu je otworzyłam. Kastiel cały czas nas obserwował. Ciekawe o co mu chodziło? Patrzył na Chrisa jakby chciał go zabić. Po chwili wyszliśmy z kuchni i skierowaliśmy się na kanapę. Christian opowiedział mi coś o sobie, a ja jemu. Dowiedziałam się, że poza muzyką (gra na gitarze) interesuje się też malowaniem. No ładnie... Nie pomyślałabym, że on lubi rysować. Ja powiedziałam mu o sobie prawie wszystko. Nie mówiłam wam tego, ale jestem uczulona na dym tytoniowy. Okazało się, że Christian nie jest aż taki wredny i zły jak to sobie zawsze wyobrażałam.
Rozmawialiśmy tam prawie godzinę. Trochę się upiłam. Może inni nie byliby pijani po piwie, ale ja tak. Już tak miałam. Po ośmiu piwach byłam już naprawdę pijana. Razem z Chrisem postanowiliśmy iść potańczyć. Wstałam i pociągnęłam go za rękę. W drodze na "parkiet" spotkałam Armina.
- Armin, kotku, pozdrów mamę - położyłam dłonie na jego ramionach, ale po chwili je szybko zabrałam
- Coś ty jej zrobił? - zapytał czarnowłosy Chrisa. Armin jest moim najlepszym przyjacielem jeśli chodzi o płeć przeciwną. Może nie spędzam z nim tyle czasu co z dziewczynami, ale przyjaźnimy się.
- Fajne masz włosy - dotykałam po głowie przyjaciela i bawiłam się jego włosami
- Upiła się, ale to nic - uśmiechnął się i wszedł ze mną na parkiet. Zaczęliśmy tańczyć. Pod wpływem piwa stałam się bardziej odważna w stosunku do Chrisa. Odwróciłam się do niego tyłem i zaczęłam tańczyć, ocierając swoje ciało o jego. Trwało to krótko, bo odwróciłam się i od razu... Pocałowałam go! Na początku był zaskoczony, ale po chwili odwzajemnił pocałunek. Przycisnął mnie do ściany. Nasze pocałunki stawały się coraz bardziej zachłanne. Przez ten czas miałam zamknięte oczy, ale gdy je otworzyłam zobaczyłam, że Kastiel znowu patrzy się na nas i wygląda jakby chciał zabić albo mnie, albo Chrisa. Potem urwał mi się film...
Obudziłam się na czarnej kanapie przykryta kocem. Koło mnie leżał Lysander. Uśmiechnęłam się. Usłyszałam odgłosy dochodzące z kuchni. Ruszyłam w stronę pomieszczenia i stanęłam w progu. Kas stał i patrzył się w okno. Jest nawet przystojny. I do tego bez koszulki! Pomyślałam, ale od razu wybiłam sobie tę myśl z głowy. Amelia, ogarnij się! Podeszłam do niego.
- Cześć - przywitałam się
- Hej - odpowiedział nie podnosząc na mnie wzroku
- Ktoś jeszcze został oprócz mnie i Lysia? - zapytałam
- Rozalia, Leo, Violetta, Armin i Alexy. A co?
- Nic. Pytam z ciekawości, ale chciałam się też dowiedzieć czy Leo i Roza mnie nie zostawili - oznajmiłam
- Ta... I czy Chris cię nie zostawił? - zapytał cicho, ale na tyle głośno, że usłyszałam
- Nie. O co ci chodzi?
- Nie pamiętasz już co wczoraj z nim robiłaś? - spojrzał na mnie
- Pamiętam tylko, że się całowaliśmy... - nie dokończyłam
- Dobre i to - przerwał mi
- Doszło do czegoś więcej?! - krzyknęłam
- Po pierwsze nie drzyj się tak, bo wszystkich obudzisz. Po drugie nie - odetchnęłam
Pomogłam Kastielowi trochę ogarnąć dom. Potem pobudziliśmy resztę. Wszyscy postanowiliśmy, że nie pójdziemy dzisiaj do szkoły. Po posprzątaniu całego domu każdy z nas rozszedł się w swoją stronę. Wyszłam z domu Kasa. W połowie drogi nie mogłam już wytrzymać na tych szpilkach. Ściągnęłam je i szłam dalej. Po kilku minutach dotarłam do mojego domu. Otworzyłam drzwi i weszłam.
- Wróciłam! - krzyknęłam na cały dom
- Gdzieś ty była całą noc?! - w przedpokoju przywitała mnie ciocia Aghata
- Ciociu, przecież mówiłam, że na imprezie - uśmiechnęłam się
- Myślałam, że wrócisz około pierwszej, a ciebie całą noc nie mam. Bałam się - wytłumaczyła się
- Rozumiem, ale mam siedemnaście lat. Możesz być trochę spokojniejsza - uśmiechnęłam się. Ciocia też. Poszłam do swojego pokoju. Przebrałam się w piżamę. Planowałam przespać cały dzień...
Obudziłam mnie mój telefon. Przyszedł sms od Rozalii : Wstałaś już? Odpisałam : Tak. Była szesnasta. Wstałam z mojego łoża. Wyciągnęłam z szafy dresy. Przebrała się i zabrałam się za pakowanie książek i odrabianie lekcji na jutro.
Skończyłam w pół godziny. Zeszłam na dół coś zjeść. Na lodówce była kartka od sióstr i cioci.
Razem z dziewczynkami jesteśmy na zakupach.
Wrócimy około osiemnastej. W lodówce masz
obiad :*
Aghata
PS. Drzwi są zakluczone
No to zostałam sama. Wyciągnęłam z lodówki obiad w postaci spaghetti. Odgrzałam go sobie i zaczęłam jeść. Po obiedzie pozmywałam. Poszłam na górę i usiadłam przed laptopem. Weszłam na Skype'a. Jednak nikt szczególny nie był zalogowany. Zaczęłam surfować po internecie. Przejrzałam wiele stron. Na żadnej jednak nie było niczego ciekawego. Zamknęłam laptopa i zeszłam na dół. Nie miałam nic do rooty, więc włączyłam jakiś nudny film. O osiemnastej trzydzieści przyszła moja rodzinka. Ciocia rozpakowywała zakupy i zajmowała się swoimi sprawami, Laurka bawiła się na dywanie obok mnie, a Connie siedziała w swoim pokoju. Zeszło nam tak aż do dwudziestej. Poczłapałam do swojego pokoju. Posiedziałam jeszcze trochę przed laptopem, a później poszłam spać.
__________________________________________________________________________________
Cześć! To znowu ja! Dwa rozdziały w jeden dzień. Poproszę o pokłony. Oczywiście żartuję. Rozdział taki sobie mi wyszedł, ale mam nadzieję, że się spodoba. Miłego czytania ♥
Julka
- Och! Masz rację! - powiedziałam ze złym wyrazem twarzy
- Dziewczyny przestańcie już - powiedział Leo wychodząc z samochodu by otworzyć nam drzwi. Najpierw otworzył Rozalii, która siedziała na przednim siedzeniu. Potem dopiero nam. Weszliśmy po schodach i zadzwoniliśmy do drzwi. Po chwili drzwi otworzyły się, a w progu stał Kas. Uśmiechnął się. Gestem ręki zaprosił nas do środka. Weszliśmy. W środku dom Kastiela był naprawdę ładny. Ściany były koloru malinowego. Na środku salonu stała czarna kanapa ze skóry która w tej chwili była przesunięta, by zrobić miejsce na parkiet. Na środku pokoju tańczyła już spora grupka ludzi. Kanapa stała na również czarnym, puszystym dywanie. Naprzeciwko stał telewizor plazmowy. W rogu znajdował się cały sprzęt oraz głośniki. Za nimi stał DJ.
- Wow! Thomas! Świetnie wyglądasz! - krzyknął Christian. Jest w zespole razem z Kastielem i Lysandrem. Jest szatynem o niebieskich oczach. Całkiem przystojnym szatynem, ale strasznie wrednym.
- Odczep się Chris - powiedziałam
- Ale ja to mówię na poważnie
- Ty i coś na poważnie? Naprawdę? - zapytałam. On i jego kumple zaśmiali się.
- No nie bądź taka. Zatańcz ze mną - prosił. Spojrzał na mnie w taki sposób, że nie mogłam mu odmówić.
- No dobrze... - zgodziłam się - Ale tyko jeden taniec - zarządziłam
- Jak tylko zażyczysz - uśmiechnął się. Złapałam go za rękę.
- Co powiesz na piwo?
- Czemu nie.
Poszliśmy w stronę kuchni. Wchodząc do niej zobaczyliśmy Kastiela.
- A wy co? - zapytał patrząc na nasze złączone dłonie. Od razu puściłam rękę Chrisa. Moje policzki momentalnie zrobiły się czerwone .
- Przyszliśmy po piwo - poinformował go
- W lodówce - oznajmił Kas
- Dzięki - podziękował. Otworzył lodówkę i wyciągnął dwa piwa, po czym podał mi jedno. Od razu je otworzyłam. Kastiel cały czas nas obserwował. Ciekawe o co mu chodziło? Patrzył na Chrisa jakby chciał go zabić. Po chwili wyszliśmy z kuchni i skierowaliśmy się na kanapę. Christian opowiedział mi coś o sobie, a ja jemu. Dowiedziałam się, że poza muzyką (gra na gitarze) interesuje się też malowaniem. No ładnie... Nie pomyślałabym, że on lubi rysować. Ja powiedziałam mu o sobie prawie wszystko. Nie mówiłam wam tego, ale jestem uczulona na dym tytoniowy. Okazało się, że Christian nie jest aż taki wredny i zły jak to sobie zawsze wyobrażałam.
Rozmawialiśmy tam prawie godzinę. Trochę się upiłam. Może inni nie byliby pijani po piwie, ale ja tak. Już tak miałam. Po ośmiu piwach byłam już naprawdę pijana. Razem z Chrisem postanowiliśmy iść potańczyć. Wstałam i pociągnęłam go za rękę. W drodze na "parkiet" spotkałam Armina.
- Armin, kotku, pozdrów mamę - położyłam dłonie na jego ramionach, ale po chwili je szybko zabrałam
- Coś ty jej zrobił? - zapytał czarnowłosy Chrisa. Armin jest moim najlepszym przyjacielem jeśli chodzi o płeć przeciwną. Może nie spędzam z nim tyle czasu co z dziewczynami, ale przyjaźnimy się.
- Fajne masz włosy - dotykałam po głowie przyjaciela i bawiłam się jego włosami
- Upiła się, ale to nic - uśmiechnął się i wszedł ze mną na parkiet. Zaczęliśmy tańczyć. Pod wpływem piwa stałam się bardziej odważna w stosunku do Chrisa. Odwróciłam się do niego tyłem i zaczęłam tańczyć, ocierając swoje ciało o jego. Trwało to krótko, bo odwróciłam się i od razu... Pocałowałam go! Na początku był zaskoczony, ale po chwili odwzajemnił pocałunek. Przycisnął mnie do ściany. Nasze pocałunki stawały się coraz bardziej zachłanne. Przez ten czas miałam zamknięte oczy, ale gdy je otworzyłam zobaczyłam, że Kastiel znowu patrzy się na nas i wygląda jakby chciał zabić albo mnie, albo Chrisa. Potem urwał mi się film...
Obudziłam się na czarnej kanapie przykryta kocem. Koło mnie leżał Lysander. Uśmiechnęłam się. Usłyszałam odgłosy dochodzące z kuchni. Ruszyłam w stronę pomieszczenia i stanęłam w progu. Kas stał i patrzył się w okno. Jest nawet przystojny. I do tego bez koszulki! Pomyślałam, ale od razu wybiłam sobie tę myśl z głowy. Amelia, ogarnij się! Podeszłam do niego.
- Cześć - przywitałam się
- Hej - odpowiedział nie podnosząc na mnie wzroku
- Ktoś jeszcze został oprócz mnie i Lysia? - zapytałam
- Rozalia, Leo, Violetta, Armin i Alexy. A co?
- Nic. Pytam z ciekawości, ale chciałam się też dowiedzieć czy Leo i Roza mnie nie zostawili - oznajmiłam
- Ta... I czy Chris cię nie zostawił? - zapytał cicho, ale na tyle głośno, że usłyszałam
- Nie. O co ci chodzi?
- Nie pamiętasz już co wczoraj z nim robiłaś? - spojrzał na mnie
- Pamiętam tylko, że się całowaliśmy... - nie dokończyłam
- Dobre i to - przerwał mi
- Doszło do czegoś więcej?! - krzyknęłam
- Po pierwsze nie drzyj się tak, bo wszystkich obudzisz. Po drugie nie - odetchnęłam
Pomogłam Kastielowi trochę ogarnąć dom. Potem pobudziliśmy resztę. Wszyscy postanowiliśmy, że nie pójdziemy dzisiaj do szkoły. Po posprzątaniu całego domu każdy z nas rozszedł się w swoją stronę. Wyszłam z domu Kasa. W połowie drogi nie mogłam już wytrzymać na tych szpilkach. Ściągnęłam je i szłam dalej. Po kilku minutach dotarłam do mojego domu. Otworzyłam drzwi i weszłam.
- Wróciłam! - krzyknęłam na cały dom
- Gdzieś ty była całą noc?! - w przedpokoju przywitała mnie ciocia Aghata
- Ciociu, przecież mówiłam, że na imprezie - uśmiechnęłam się
- Myślałam, że wrócisz około pierwszej, a ciebie całą noc nie mam. Bałam się - wytłumaczyła się
- Rozumiem, ale mam siedemnaście lat. Możesz być trochę spokojniejsza - uśmiechnęłam się. Ciocia też. Poszłam do swojego pokoju. Przebrałam się w piżamę. Planowałam przespać cały dzień...
Obudziłam mnie mój telefon. Przyszedł sms od Rozalii : Wstałaś już? Odpisałam : Tak. Była szesnasta. Wstałam z mojego łoża. Wyciągnęłam z szafy dresy. Przebrała się i zabrałam się za pakowanie książek i odrabianie lekcji na jutro.
Skończyłam w pół godziny. Zeszłam na dół coś zjeść. Na lodówce była kartka od sióstr i cioci.
Razem z dziewczynkami jesteśmy na zakupach.
Wrócimy około osiemnastej. W lodówce masz
obiad :*
Aghata
PS. Drzwi są zakluczone
No to zostałam sama. Wyciągnęłam z lodówki obiad w postaci spaghetti. Odgrzałam go sobie i zaczęłam jeść. Po obiedzie pozmywałam. Poszłam na górę i usiadłam przed laptopem. Weszłam na Skype'a. Jednak nikt szczególny nie był zalogowany. Zaczęłam surfować po internecie. Przejrzałam wiele stron. Na żadnej jednak nie było niczego ciekawego. Zamknęłam laptopa i zeszłam na dół. Nie miałam nic do rooty, więc włączyłam jakiś nudny film. O osiemnastej trzydzieści przyszła moja rodzinka. Ciocia rozpakowywała zakupy i zajmowała się swoimi sprawami, Laurka bawiła się na dywanie obok mnie, a Connie siedziała w swoim pokoju. Zeszło nam tak aż do dwudziestej. Poczłapałam do swojego pokoju. Posiedziałam jeszcze trochę przed laptopem, a później poszłam spać.
__________________________________________________________________________________
Cześć! To znowu ja! Dwa rozdziały w jeden dzień. Poproszę o pokłony. Oczywiście żartuję. Rozdział taki sobie mi wyszedł, ale mam nadzieję, że się spodoba. Miłego czytania ♥
Julka
Rozdział 2
Obudziłam się o siódmej. Powoli otworzyłam, oczy jednak musiałam je zamknąć, ponieważ jasne promienie słoneczne raziły w oczy. Szlag! Dlaczego musi być tu ten balkon? Przez niego do mojego pokoju wpada jeszcze więcej promyków słońca. Przewróciłam się na drugi bok. Mogłam już otworzyć oczy. Ledwo zwlekłam się z łóżka. Poczłapałam w stronę szafy. Wyciągnęłam z niej getry w panterkę, jasnokremowy sweter, tego samego koloru balerinki i również jasnokremową bandamkę (dla ułatwienia zestaw). Poszłam do łazienki.
Po wykonaniu wszystkich łazienkowych rytuałów zeszłam na dół. W kuchni stała ciocia Aghata i przygotowywała omlety. Usiadłam przy stole i zabrałam się do jedzenia.
O siódmej czterdzieści wyszłam z domu. Dziś Kastiel nie był tak życzliwy i nie podwiózł mnie, tylko przejechał szybko obok. Musiałam więc drogę do szkoły przebyć sama.
Do liceum dotarłam dziesięć minut przed dzwonkiem. Budynek był koloru niebieskiego. Niby zwykła szkoła. Jednak wewnętrzne ściany były koloru różowego. Szafki również takie były. Z resztą sama nazwa wskazywała na to, że to liceum jest strasznie słodkie, bo jak już mówiłam, chodzę do liceum ,,Słodki Amoris". Już od samego progu podbiegła do mnie Rozia i przytulia mnie, a tuż za nią spokojnie podeszła Violetta. Ona również się ze mną przywitała.
- Violka? Idziesz z nami jutro na imprezę? - zapytałam
- Wiesz, że nie lubię tych klimatów... - powiedziała cicho
- Czyli nie idziesz? - upewniła się Rozalia
- Oczywiście, że idzie! - oznajmiłam
- Co? - zapytała Roza
- Co!? - powtórzyła głośniej Violettka
- No idziesz. Skoro Rozalia mnie namówiła, to ja namówię ciebie, a raczej zmuszę - uśmiechnęłam się
- Ale proszę... Ja nie chcę
- Ale musisz! - rozkazałam. Violetta w końcu się poddała.
Lekcje strasznie się dłużyły. Siedziałam z Violettą w ławce na ostatniej lekcji. Przyjaciółka coś malowała, nauczycielka od biologi mówiła coś o rozwoju zarodkowym, a ja nudziłam się i patrzyłam w okno. Nagle zadzwonił dzwonek, informując o końcu lekcji. Ucieszyłam się jak małe dziecko. Chyba nie tylko ja. Uczniowie wybiegli z klasy jak poparzeni. Pakowałam książki do torby, kiedy zobaczyłam, że Violetta dalej rysuje.
- Violka - szturchnęłam ją lekko
- Co? - zapytała zdezorientowana
- Koniec lekcji. Chyba odizolowałaś się od rzeczywistości - zaśmiałam się
- No chyba tak... - uśmiechnęła się - Znowu
Wyszłyśmy z budynku szkoły. Po chwili podbiegła do nas Rozalia. Nie widziałam jej całą lekcję.
- Hej! Całą lekcję cie nie widziałam - oznajmiłam
- Siedziałam tuż za wami - powiedziała Roza
- Właśnie. Nie zauważyłaś jej? - zwróciła się do mnie Violetta
- Nie. Przez całą lekcję gapiłam się w okno
- Ha! A mówisz, że to ja odizolowałam się od rzeczywistości - Rozalia i Violetta zaśmiały się
- No bo tak było! Foch! - odwróciłam się do nich plecami
- No dobrze. Nie obrażaj się - powiedziały razem. Jaka zgodność. Wybaczyłam im, chociaż w ogóle nie byłam obrażona. Wszystkie postanowiłyśmy, że zostaniemy jeszcze trochę na dziedzińcu. Usiadłyśmy pod drzewem i rozkoszowałyśmy się świeżym powietrzem. Tę chwilę przerwała pewna denerwująca, jasnowłosa dziewczyna. No, tak. Przecież dzień bez Amber, to nie dzień.
- Znowu przyszłaś nas podenerwować - wstała Rozalia
- Nie, a w sumie, to tak. Przyszłam ci powiedzieć, że byłam wczoraj w sklepie u Leo... - zaczęła, zwracając się do Rozy
- No i? - zapytała spokojnie
- Jest całkiem ładny. Wpadł mi w oko i ja mu chyba też - uśmiechnęła się szyderczo
- Dziewczyny trzymajcie mnie, bo zaraz jej przywalę - szybko wstałam. Wiedziałam, że Rozalia nie żartuje. Już chciała się na nią rzucić, ale w porę razem z Violetta złapałyśmy ją.
- Rozia! Uspokój się! Ona cię tylko prowokuje! Później wyjaśnisz to z Leo - próbowałam ją uspokoić, co przyniosło skutki
- Masz rację. Nie będę zniżać się do jej poziomu - wyprostowała i odwróciła się, odchodząc
- Nie masz nic innego do roboty niż startowanie do zajętych chłopaków? Naprawdę jesteś żałosna - zwróciłam się do Amber i razem z Violettą dołączyłyśmy do Rozy.
Amber jest siostrą Nataniela. Może i byli podobni z wyglądu, ale różnili się bardzo. Nataniel jest miły, pomocny, przyjacielski, wyrozumiały, kochany... Można by tak wyliczać w nieskończoność. Jest odzwierciedleniem anioła, a Amber jest... Szkoda gadać. Jest dwulicową małpą. Zaczepia innych, a szczególnie młodszych. Zawsze chodzi ze swoją świtą. Mówiąc ,,świtą'' mam na myśli Li i Charlotte.
Po wyjściu ze szkoły pokierowałyśmy się od razu w stronę sklepu Leo. Przecież Rozalia miała po mnie przyjść dopiero za pół godziny... Pomyślałam.
- Rozalia? Gdzie my idziemy? Na zakupy miałyśmy iść za pół godziny. - oznajmiłam
- No tak, ale nie myślałam, że Violetta z nami pójdzie... - nie dokończyła
- Ja też nie - rzekła Violka
- ...Tak jak mówiłam. Musimy mieć więcej czasu
Po krótkim spacerze doszłyśmy do sklepu. Rozalia od razu przywitała się z Leo pocałunkiem. My nie okazałyśmy mu aż takiej czułości.
- Hej! Co was do mnie sprowadza? - uśmiechnął się chłopak
- Dzisiejsza impreza! - powiedziała Roza
- No tak! Zapomniałem
- Musisz mi pomóc - pociągnęła go za rękę w stronę sukienek. Razem z Violettą stałyśmy w miejscu.
- No ruszcie się! - posłusznie wykonałyśmy rozkaz
- Rozalia uspokój się! - powiedzieliśmy we trójkę, a później popatrzyliśmy na siebie
Godzinne zakupy przemieniły się w dwie godziny. W końcu Rozalia wybrała odpowiednie sukienki. Ta, odpowiednie dla niej. Mi wybrała słodką, niebieską sukienkę z fragmentami czarnego (dla ułatwienia sukienka). Może nawet podobałaby mi się, ale jest za krótka. Do tego wybrała czarne szpilki na bardzo wysokich obcasach (buty). Dla Violetty wybrała fioletowo-czarną sukienkę (sukienka) i szpilki (buty). A dla siebie sukienkę z koronki (sukienka) i buty, również czarne (buty). Stwierdziłyśmy, że jesteśmy już gotowe. Poszłyśmy zapłacić.
Siedziałyśmy już w domu. Rozalia czesała włosy Violetty. Byłyśmy już prawie gotowe. Była siedemnasta trzydzieści. Ja i Roza miałyśmy rozpuszczone włosy. Postanowiłyśmy, że i włosy Violki pozostaną rozpuszczone. Teraz makijaż. Z tym nie było problemu. Każda z nas zrobiła go sobie sama. Usłyszałyśmy dzwonek do drzwi. Zeszłam na dół by je otworzyć. Tak jak się spodziewałam to był Leo. Dziewczyna stały tuż za mną. Otworzyłam drzwi.
- Hej! Świetnie wyglądacie! - Leo popatrzyła na nas
- Dziękujemy - podziękowałyśmy razem
- Jedziemy? - zapytała Roza
- Tak! Chodźcie! - wyszedł, a my za nim
Jechaliśmy przez miasto kilka minut. Nagle zatrzymaliśmy się przed domem... domem Kastiela
- Roza? Nie mówiłaś, że ta impreza będzie u Kastiela...
__________________________________________________________________________________
Hej! To już rozdział numer 2. Podniecam się tym XD Heh. Wydaję mi się, że rozdział krótszy niż pierwszy. Chociaż jak teraz patrzę no nie wiem. W każdym razie miłego czytania :)
Julka
Po wykonaniu wszystkich łazienkowych rytuałów zeszłam na dół. W kuchni stała ciocia Aghata i przygotowywała omlety. Usiadłam przy stole i zabrałam się do jedzenia.
O siódmej czterdzieści wyszłam z domu. Dziś Kastiel nie był tak życzliwy i nie podwiózł mnie, tylko przejechał szybko obok. Musiałam więc drogę do szkoły przebyć sama.
Do liceum dotarłam dziesięć minut przed dzwonkiem. Budynek był koloru niebieskiego. Niby zwykła szkoła. Jednak wewnętrzne ściany były koloru różowego. Szafki również takie były. Z resztą sama nazwa wskazywała na to, że to liceum jest strasznie słodkie, bo jak już mówiłam, chodzę do liceum ,,Słodki Amoris". Już od samego progu podbiegła do mnie Rozia i przytulia mnie, a tuż za nią spokojnie podeszła Violetta. Ona również się ze mną przywitała.
- Violka? Idziesz z nami jutro na imprezę? - zapytałam
- Wiesz, że nie lubię tych klimatów... - powiedziała cicho
- Czyli nie idziesz? - upewniła się Rozalia
- Oczywiście, że idzie! - oznajmiłam
- Co? - zapytała Roza
- Co!? - powtórzyła głośniej Violettka
- No idziesz. Skoro Rozalia mnie namówiła, to ja namówię ciebie, a raczej zmuszę - uśmiechnęłam się
- Ale proszę... Ja nie chcę
- Ale musisz! - rozkazałam. Violetta w końcu się poddała.
Lekcje strasznie się dłużyły. Siedziałam z Violettą w ławce na ostatniej lekcji. Przyjaciółka coś malowała, nauczycielka od biologi mówiła coś o rozwoju zarodkowym, a ja nudziłam się i patrzyłam w okno. Nagle zadzwonił dzwonek, informując o końcu lekcji. Ucieszyłam się jak małe dziecko. Chyba nie tylko ja. Uczniowie wybiegli z klasy jak poparzeni. Pakowałam książki do torby, kiedy zobaczyłam, że Violetta dalej rysuje.
- Violka - szturchnęłam ją lekko
- Co? - zapytała zdezorientowana
- Koniec lekcji. Chyba odizolowałaś się od rzeczywistości - zaśmiałam się
- No chyba tak... - uśmiechnęła się - Znowu
Wyszłyśmy z budynku szkoły. Po chwili podbiegła do nas Rozalia. Nie widziałam jej całą lekcję.
- Hej! Całą lekcję cie nie widziałam - oznajmiłam
- Siedziałam tuż za wami - powiedziała Roza
- Właśnie. Nie zauważyłaś jej? - zwróciła się do mnie Violetta
- Nie. Przez całą lekcję gapiłam się w okno
- Ha! A mówisz, że to ja odizolowałam się od rzeczywistości - Rozalia i Violetta zaśmiały się
- No bo tak było! Foch! - odwróciłam się do nich plecami
- No dobrze. Nie obrażaj się - powiedziały razem. Jaka zgodność. Wybaczyłam im, chociaż w ogóle nie byłam obrażona. Wszystkie postanowiłyśmy, że zostaniemy jeszcze trochę na dziedzińcu. Usiadłyśmy pod drzewem i rozkoszowałyśmy się świeżym powietrzem. Tę chwilę przerwała pewna denerwująca, jasnowłosa dziewczyna. No, tak. Przecież dzień bez Amber, to nie dzień.
- Znowu przyszłaś nas podenerwować - wstała Rozalia
- Nie, a w sumie, to tak. Przyszłam ci powiedzieć, że byłam wczoraj w sklepie u Leo... - zaczęła, zwracając się do Rozy
- No i? - zapytała spokojnie
- Jest całkiem ładny. Wpadł mi w oko i ja mu chyba też - uśmiechnęła się szyderczo
- Dziewczyny trzymajcie mnie, bo zaraz jej przywalę - szybko wstałam. Wiedziałam, że Rozalia nie żartuje. Już chciała się na nią rzucić, ale w porę razem z Violetta złapałyśmy ją.
- Rozia! Uspokój się! Ona cię tylko prowokuje! Później wyjaśnisz to z Leo - próbowałam ją uspokoić, co przyniosło skutki
- Masz rację. Nie będę zniżać się do jej poziomu - wyprostowała i odwróciła się, odchodząc
- Nie masz nic innego do roboty niż startowanie do zajętych chłopaków? Naprawdę jesteś żałosna - zwróciłam się do Amber i razem z Violettą dołączyłyśmy do Rozy.
Amber jest siostrą Nataniela. Może i byli podobni z wyglądu, ale różnili się bardzo. Nataniel jest miły, pomocny, przyjacielski, wyrozumiały, kochany... Można by tak wyliczać w nieskończoność. Jest odzwierciedleniem anioła, a Amber jest... Szkoda gadać. Jest dwulicową małpą. Zaczepia innych, a szczególnie młodszych. Zawsze chodzi ze swoją świtą. Mówiąc ,,świtą'' mam na myśli Li i Charlotte.
Po wyjściu ze szkoły pokierowałyśmy się od razu w stronę sklepu Leo. Przecież Rozalia miała po mnie przyjść dopiero za pół godziny... Pomyślałam.
- Rozalia? Gdzie my idziemy? Na zakupy miałyśmy iść za pół godziny. - oznajmiłam
- No tak, ale nie myślałam, że Violetta z nami pójdzie... - nie dokończyła
- Ja też nie - rzekła Violka
- ...Tak jak mówiłam. Musimy mieć więcej czasu
Po krótkim spacerze doszłyśmy do sklepu. Rozalia od razu przywitała się z Leo pocałunkiem. My nie okazałyśmy mu aż takiej czułości.
- Hej! Co was do mnie sprowadza? - uśmiechnął się chłopak
- Dzisiejsza impreza! - powiedziała Roza
- No tak! Zapomniałem
- Musisz mi pomóc - pociągnęła go za rękę w stronę sukienek. Razem z Violettą stałyśmy w miejscu.
- No ruszcie się! - posłusznie wykonałyśmy rozkaz
- Rozalia uspokój się! - powiedzieliśmy we trójkę, a później popatrzyliśmy na siebie
Godzinne zakupy przemieniły się w dwie godziny. W końcu Rozalia wybrała odpowiednie sukienki. Ta, odpowiednie dla niej. Mi wybrała słodką, niebieską sukienkę z fragmentami czarnego (dla ułatwienia sukienka). Może nawet podobałaby mi się, ale jest za krótka. Do tego wybrała czarne szpilki na bardzo wysokich obcasach (buty). Dla Violetty wybrała fioletowo-czarną sukienkę (sukienka) i szpilki (buty). A dla siebie sukienkę z koronki (sukienka) i buty, również czarne (buty). Stwierdziłyśmy, że jesteśmy już gotowe. Poszłyśmy zapłacić.
Siedziałyśmy już w domu. Rozalia czesała włosy Violetty. Byłyśmy już prawie gotowe. Była siedemnasta trzydzieści. Ja i Roza miałyśmy rozpuszczone włosy. Postanowiłyśmy, że i włosy Violki pozostaną rozpuszczone. Teraz makijaż. Z tym nie było problemu. Każda z nas zrobiła go sobie sama. Usłyszałyśmy dzwonek do drzwi. Zeszłam na dół by je otworzyć. Tak jak się spodziewałam to był Leo. Dziewczyna stały tuż za mną. Otworzyłam drzwi.
- Hej! Świetnie wyglądacie! - Leo popatrzyła na nas
- Dziękujemy - podziękowałyśmy razem
- Jedziemy? - zapytała Roza
- Tak! Chodźcie! - wyszedł, a my za nim
Jechaliśmy przez miasto kilka minut. Nagle zatrzymaliśmy się przed domem... domem Kastiela
- Roza? Nie mówiłaś, że ta impreza będzie u Kastiela...
__________________________________________________________________________________
Hej! To już rozdział numer 2. Podniecam się tym XD Heh. Wydaję mi się, że rozdział krótszy niż pierwszy. Chociaż jak teraz patrzę no nie wiem. W każdym razie miłego czytania :)
Julka
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)